Relacje Galerie oficjalne Galerie prywatne Blog

Musimy tu wrócić, taka myśl kołatała mi się po głowie kiedy, w lutym 2008, wsiadaliśmy w Agadirze do samolotu. Maroko nas oczarowało, choć ledwie mieliśmy okazję je powąchać. Wrócić udało się po prawie dwóch latach w styczniu 2010 roku. Jak było, co widzieliśmy i jakie zrobiło to na nas wrażenie przeczytacie w pełnej relacjii. 

 

Dzień pierwszy - przylot

Całą noc padał śnieg, zarówno ja jak i dziewczyny nie mogliśmy spać. Na szczęście noc była krótka i tak trzeba było wstać po trzeciej. O czwartej mieliśmy być u mojego taty który miał nas zawieść na lotnisko do Katowic. Lecieliśmy do Brukseli, a stamtąd do Marrakeszu. Tym razem jechaliśmy jak do siebie, bez pośrednictwa agencji turystycznej. Bilety lotnicze kupowaliśmy na stronach www. Kwestie logistyki na miejscu zostawiliśmy w rękach naszego znajomego z poprzedniej wizyty Hrou. Wspomniany śnieg napawał mnie jednak niepokojem. Jeżeli samolot się spóźni o więcej niż 2 godziny to nie zdążymy na lot do Maroka. Plan B  nie istniał. Ups udało się. Katowickie lotnisko było na to przygotowane. Samolot z Dortmundu wylądował o czasie a to nim mieliśmy lecieć do Belgi. Lot minął szybko i o 11.45 bez jakichkolwiek problemów wylądowaliśmy  na lotnisku przesiadkowym. Krótka przerwa na papierosa i ustawiamy się w kolejce do oddania bagażu na lot do Marrakeszu. Lecimy najtańszym z możliwych przewoźników czyli Ryanair. W kolejce do odprawy większość osób ma typowe dla północnej Afryki rysy. Sporo z nich do wracający do domu gastarbeiterzy. Zarówno z Maroka jak i z Algierii.  Każdy ma spore walizki, nadbagaż, pracownik linii lotniczej jest bezlitosny, trzeba przepakowywać. To samo spotyka nas, suma bagaży nie przekracza limitu wagi ale pojedyncza walizka tak.  Szybkie przepakowanie i duża walizka leci prawie pusta za to mała pęka w szwach.  Konsekwencje tego poznamy później, ulubione okulary Agnieszki będą pęknięte w 2 miejscach. Na szczęście obiektywy wyjdą z lotu bez szwanku. Sam lot kosztuje mnie sporo nerwów. Albo jestem ksenofobem, albo się za dużo wiadomości naoglądałem albo sam już nie wiem. W każdym razie kiedy za nami siada pan w chałacie do ziemi, klapkach na skarpety z długą brodą i w dziwnej czapeczce na głowie zaczynam odczuwać dyskomfort. Kiedy z kieszeni wyjął Koran i zaczął go teatralnym szeptem czytać na głos byłem już wystraszony. Gdy po modlitwie z kieszeni wyjął telefon komórkowy i rozpoczął  go rozkładać, na moich piersiach usiadła wielka kosmata panika. Wstałem pod pozorem wyjęcia ze schowka na górze butelki z napojem. Cały czas dyskretnie mu się przyglądając jak by bombę z tego telefonu robił. A on jedynie zmieniał kartę z belgijskiej na marokańską. Przyrzekłem sobie że nie będę już oglądał wiadomości bo potem w każdym bin Ladena widzę. Reszta lotu mija spokojnie. O czasie lądujemy w Marrakeszu. Tam odbiera nas kuzyn Hrou i zawozi do hotelu Imilch. Już po drodze przez uchylone okna czujemy ciepełko, nie upał ale przyjemne ciepełko. Jest po 18.30 więc już zmrok. Po chwili jesteśmy w hotelu. Znamy już to miejsce, jest czysto, przytulnie, jest WiFi a do Jema-Elfna Mamy 5 minut spacerkiem. Szybkie zakwaterowanie, przebieramy się   o 19.30 zjadamy kolację. Pyszny stek wołowy którego dziewczyny nie ruszają więc zjadam 3 i ruszamy w stronę Placu Skazańców. Powitanie z Marokiem opijamy szklankami pysznego jak zawsze soku pomarańczowego od ulicznych sprzedawców, potem wyśnione przeze mnie ślimaki na parze. Uwielbiam je. Ola ma ochotę spróbować. Na ochocie jednak się kończy, bo woli brak. Później powie, że ślimak wystawił do niej rogi i poprosił by go nie zjadała. Po drodze oczywiście mijamy wielu dziwnych ludzi, mi w oko wpada starszy pan modlący się na chodniku, prawie jak w transie. Jeszcze krótki rekonesans po peryferiach souku i czas wracać do hotelu. Ja jednak chcę jeszcze spróbować słynnej hariry czyli zupy z ciecierzycy. Jest znakomita. Ola zjada pełną miskę, pierwszą podczas tego wyjazdu. Będzie zjadała czasem dwie miski dziennie aż do dnia powrotu.  Powoli spacerkiem wracamy do hotelu, dochodzi 23.00. To był długi dzień, śniadanie zjedliśmy w Polsce, obiad w Belgi , kolację w Maroku. Nic więc dziwnego, że zasypiamy prawie natychmiast.

 


 

Dzień drugi - Marrakesz

Czas w Maroku jest o godzinę spóźniony wobec naszych zegarów biologicznych. Czyli jeżeli my wstajemy o siódmej, to na zegarkach dopiero szósta, za oknem ciemno. Na śniadaniu jesteśmy o 6.30, kuchnia dopiero się budzi. Śniadanie lekkie, kawa słodka bułeczka, bułeczka z czekoladą i miseczka dżemu. Oczywiście też szklanka świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego. Przed ósmą wyruszamy na zwiedzanie Marrakeszu. Po drodze do centrum krótki spacer przez Cyber Park. Miejsce pięknie i pokazujące jak łączyć nowe z tradycją. Kioski internetowe pośród drzew pomarańczowych, cudne kwiaty, wspaniałe fotografie, bardzo miły początek dnia pełen różnych doznań estetycznych. Następnie idziemy w stronę centrum.  Tym razem zaczynamy nie od Jema el-Fna, a od dolnej medyny. Górną poznaliśmy 2 lata temu. Pierwsze kroki kierujemy w stronę kazby czyli twierdzy, na jej terenie znajduje się jeden z ukrytych cudów, groby Saadytów. To ukryty tuż za meczetem mauzoleum stanowi jeden z najpiękniejszych przejawów sztuki zdobniczej islamu, porównywalny jedynie z Medersą ben Jusufa i niektórymi cudami Grenady. Dzięki swojemu położeniu, groby naprawdę trudno znaleźć, przetrwały one do naszych czasów w nienaruszonym stanie. Ponownie zostały odnalezione w 1917 roku kiedy jeden z francuskich generałów wypatrzył to miejsce podczas lotu samolotem ( samoloty chyba latały całkiem nisko ). Od tego czasu trwa do dziś renowacja tego dziwnego cmentarza, który swoją atmosferą przypomina zapomniany cichy zakątek, a zdziczałe drzewa porastające plac za meczetem, dają złudzenie przebywania w tajemniczym ogrodzie.  Spotyka nas tam miła przygoda, rozmawiamy oczywiście po polsku , w pewnym momencie ktoś mówi do nas „dzień dobry". Okazuje się, że to Australijczyk o polskich korzeniach który ostatnie 3 miesiące spędził w Krakowie, naszym Krakowie i odrobinę mówi po polsku. Ucinamy sobie przyjemną piętnasto minutową  pogawędkę o naszym Krakowie. Następnie poprzez uliczki kazby kierujemy się w stronę starego pałacu. Słynie on z olbrzymiej ilości bocianich gniazd. Ponad połowa z nich na lato wraca do Polski. Te piękne ptaki podobnie jaku nas mają opinie przynoszących szczęście, dzięki czemu mogą gniazdować,  gdzie tylko mają ochotę. Następnym celem naszego zwiedzania jest Mellah czyli mieszanka a wiec miejsce zamieszkiwane przez Żydów. Nie wiele osób wie , że do 1939 roku Maroko było drugim po Polsce miejscem z największa liczbą Żydów. Mellah podzieliło los krakowskiego Kazimierza. Po Żydach zostały tylko opuszczone synagogi i wspomnienia oraz ten magiczny zapach przeszłości unoszący się ponad nami. Ulice Mellah, kiedyś kwitnącej a dziś podupadłej dzielnicy pełne są żebraków. Na szczęście islam nakazuje jałmużnę, więc prawie każdy im coś wrzuci. Opuszczając Mellah mijamy pałac Bahia, widzieliśmy go ostatnim razem i powoli zmierzamy w stronę słynnych souków. Po drodze krótki postój w małej knajpce na harrirę i herbatę. Potem zagłębiamy się w labirynt stoisk. Niebawem trafiamy na stoiska z oliwkami, szybko kupujemy kilogram, wielkich zielonych z pestkami. Są przepyszne, żadna oliwka, ze słoika czy puszki, nie ma tego smaku. Chrupiąc przemierzamy targ odzieżowy, kowali, kaletników, pachnące stoiska z przyprawami.  Po woli zaczynamy odczuwać zmęczenie. Zapach przypraw wywołuje głód. Spacer kończymy na Jema. Stoiska restauracyjne jeszcze nie rozłożone. Narożna restauracyjka z to wygląda przyjemnie. Zamawiamy po raz kolejny harrirę dla Oli i tażiny dla nas. Agnieszka bierze z kurczakiem, ja z wołowiną. Po posiłku zrobiliśmy się leniwi i nie mamy już chęci na dalszy spacer, przeszliśmy pewnie ponad 10 kilometrów.  Taras Glaciale Cafe wydaje się być pusty. Zamawiamy kawę i siadamy przy samych barierkach. Mamy wspaniały widok na cuda, które dzieją się pod nami. Hipnotyzerzy węży, tancerze z Mali,  treserzy małp, opowiadacze historii. Dwie godziny mija jak z bicza strzelił. Musimy wracać do hotelu, o 20.00 mamy spotkanie z Hrou. Jesteśmy zmęczenie, szybko zgrywam karty z aparatu na laptopa i przygotowujemy się do spotkania. Hrou dostaje od nas album o Polsce po francusku, zna ten język w stopniu o jakim ja mogę marzyć, by znać jakikolwiek język obcy. Gawędzimy, dowiadujemy się, że został ojcem trzeciego dziecka, syna. Ustalamy wstępny plan na kolejne dni. Jutro ruszamy o 7.30. Nie wracamy już więc na Jema jak było planowane, po prawdzie nie mamy na siły. Na kolację w hotelu, Ola zjada 3 harrirę tego dnia. O 22.00 jesteśmy w łóżkach.

 


 

Dzień trzeci – do Warzzazet

O 7.15 jesteśmy już po śniadaniu, słoneczko dopiero wstaje. Hrou zjawia się punktualnie. Wrzucamy bagaże do auta , papieros i ruszamy. Pierwsze 20 minut zabiera nam wyswobodzenie z porannych korków. Po chwili jesteśmy na drodze ku przełęczy Tizn'n'Tischka. Pierwszy przystanek robimy po około godzinie, kupujemy wodę, palimy papierosa, jest szansa na kilka zdjęć. Kolejna część przejazdu to głównie podziwianie pięknych widoków. Stajemy co kilkanaście minut na zdjęcia. Selekcje najbardziej udanych szukajcie w galerii oficjalnej Maroko 2010.  Mnie fascynują ośnieżone szczyty. Błękit nieba, białe szczyty, brąz gór widoki po prostu nieziemskie.  Temperatura około 28 stopni, jesteśmy w krótkich rękawkach a ponad nami śnieg.  Kolejną fascynująca przygoda jest oglądanie przyklejonych do gór berberyjskich wiosek. Mijani po drodze ludzie mają dziwny koloryt. Szkoda, że prawie nigdy nie pozwalają się fotografować. Trafia mi się jednak szczęście nowicjusza. Zmęczeni i troszkę znudzeni przejazdem przez Atlas Wysoki postanowiliśmy zrobić sobie krótka przerwę, żeby porzucać się śnieżkami. Temperatura wahała się w okolicach 30 stopni czyli dla nas było gorąco, dla naszego berberyjskiego przewodnika zimno.  Wystarczy popatrzeć na nasze stroje. Kiedy zaśmiewaliśmy się niespodziewanie i właściwie z nikąd w dolinie pojawił się pasterz ze stadem. Takich okazji się nie omija. Był na wypasie już 3 dzień i niewątpliwie się nudził. Hrou rozpoczął z nim rozmowę. Poczęstowaliśmy go pomarańczami, które mieliśmy przygotowane na drogę. W zamian pozwolił sobie zrobić kilka zdjęć. Uważam je za bardzo udane, o ile nie najlepsze z całej wyprawy. Nie jest częstym, by Berber pozwolił się fotografować. Kolejną okazją na zdjęcia życia codziennego jest postój na lunch czy tez późne drugie śniadanie. Stajemy z miejscowości o której wiem tylko tyle, że jest w niej szlaban zamykające drogę przez przełęcz. Obfite opady śniegu na wysokości 2260 metrów, a tak wysoko to jest sprawiają że droga często, szczególnie w zimie, nie jest przejezdna. My mieliśmy szczęście. Przełęcz było otwarta, zamknięto ja 5 dni po naszym przejeździe na skutek gwałtownego pogorszenia pogody. Ponieważ podróżni często musza koczować przed szlabanem nawet i tydzień, aż droga ponownie zostanie otwarta, miasteczko słynie z dobrego jedzenia i miejsc sypialnych w dużych publicznych salach. Hrou wybrał to miejsce jeszcze z jednego powodu, kolejna restauracja jest już po drugiej stronie, czyli za kilka godzin. Zamówiliśmy śniadanie otrzymaliśmy coś co oni nazywają omletem, dla mnie to jajecznica na oliwie z oliwek z oliwkami i zestawem przypraw. Bardzo smaczne. Posileni ruszamy dalej, obowiązkowy postój przy tablicy z nazwą i wysokością przełęczy. Potem nie licząc kilku postojów na zdjęcia prosto do kazby Ait Benhaddou. Ta położona nad rzeką zapomniana obronna wieś była tłem wielu hollywoodzkich produkcji w tym Gladiatora i Katmandu. Poraża ogromem, zdecydowanie warto zobaczyć. Od głównej drogi odgrodzona jest rzeką , która można pokonać w bród, woda po kolana, lub na grzbiecie osła, taka usługa to około 1 euro od osoby (w dwie strony). Opiekunowie Kazby, która znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Unesco, co jakiś czas z kamieni budują kładki, które każdej nocy, zaraz po ich ukończeniu po ich ukończeniu są rozbierane przez mieszkańców. Przewożenie turystów to spora szansa na dodatkowy zarobek. Mamy szczęście, oprócz nas nie ma żadnych turystów. Powoli włóczymy się wąskimi uliczkami, aż na sam szczyt, jest znośnie gorąco, uliczki są zacienione. Blisko 2 godziny mija nawet nie wiemy kiedy. Jeden z lokalnych artystów przygotowuje dla Oli malutki obrazek, rysowany herbatą barwioną szafranem. Malutki drobiazg z jej imieniem. Rewanżujemy się banknotem 10MAD czyli około 1 euro. Przyjmuje z wdzięcznością. Wszędzie widać światowy kryzys, turystyka ucierpiała niezwykle, w stosunku do lat ubiegłych liczba turystów spadła o ponad 70%. Przestaje nas dziwić dlaczego hotele są puste, a nas traktują jak udzielnych książąt. Wracamy na główną drogę i kierujemy się do Warzzazet.  Dojeżdżamy około 17.00. Zgodnie z planem powinniśmy zwiedzić studia filmowe i kazbę, nie mamy jednak na to siły. Po zakwaterowaniu w hotelu, stylizowanym na kazbę idziemy do najbliższej kawiarni na kawę i podwieczorek, tam przeżywamy kolejną z przygód.  Mały lokalik z tarasem gdzieś przy bocznej uliczce. W tle telewizor transmitujący mecz. Sami mężczyźni. Siedzimy na tarasie. Obok nas dwóch panów. Jeden ze śladami po tatuażach na twarzy. Oboje w charakterystycznych niebieskich  galabijach i białych zawojach. Prawdopodobnie Tuaredzy. Aż korci mnie żeby wyjąc aparat. Fotografuje ulicę, dziewczyny, szklaneczki z herbatą. Delikatnie przechylam obiektyw w stronę następnego stolika. Wymownie kręcą głową. Nici z fotografii. Rozmawiają, jeden z nich bawi się z kotem, który usiadł mu na kolanach. Kolejne pół godziny mija leniwie. Już mamy się zbierać kiedy na kawiarniany taras wchodzi żebrak, prosi o papierosa. Wyjmuje z paczki trzy chowam do kieszeni, resztę oddaje starszemu mężczyźnie. Sąsiedzi uśmiechają się i kiwają głową z aprobatą. Kelner przynosi rachunek, zaczynam pakować aparat do torby. W tym momencie ze stolika obok pada zrozumiałe we wszystkich językach słowo „foto". Mam kilka sekund. Wykonuje po dwa ujęcia każdego z gentelmanów. Do dziś te zdjęcie uważam ze jedną z najfajniejszych pamiątek z Maroka. Tuareg i kot. Tuareg na tle palm. Po tym ekscytującym spotkaniu wracamy do hotelu, kolacja. Parominutowa rozmowa z rodziną za pośrednictwem Skype i znowu przed 22.00 jesteśmy w łóżkach. Kolejny dzień tez będzie pełen wrażeń.


Dzień czwarty – Wąwozy Dades i Tadora

Ruszamy jak co dzień po śniadaniu czyli parę minut przed ósmą. Jak jesteś śpiochem, to wakacje z mani nie dla ciebie.  Do wyjątków nalezą dni kiedy śpimy dłużej niż do 6.30. Najpierw szybkie nadrabianie tego, na co wczoraj brakło czasu. Postój przy Kazbie, jest ładne miękkie poorane światło więc jest szansa na udane zdjęcia. Szybko naświetlam kilka klatek ruszamy w dalsza drogę. Około pół godziny jazdy samochodem jest sztuczne jezioro. Powstało ono, jako część prowadzonego, od z góra dziesięciu lat, Narodowego Programu Dostarczenia Wody. Podjeżdżamy i decydujemy się na mały piknik. To dość dziwne, jesteśmy w dość suchych terenach, dookoła jedynie piachy a tu jezioro. Piękny modry kolor wody, oczy odpoczywają po żółciach i czerwieniach które obserwujemy ostatnio. Wypoczęci ruszamy dalej. Jedziemy równolegle z Atlasem, po lewej May zabawny widok, pustynia , czasami palmy, a jako tło ośnieżone szczyty. Przyjemnie się na to patrzy, gorzej z fotografowaniem, mam ostre górne światło. Nie wiem, czy wyjdą jakie takie zdjęcia. Kolejnym punktem programu jest wieś Skura słynąca ze swoich twierdz. Jedna z nich, nazywana potocznie 50 Mad Kazba jest szczególnie okazała. Dlaczego takie dziwne określenie ? Otóż, ozdabia ona banknot 50 dirhamów. Krótki postój na zdjęcia i zmierzamy w stronę Różanej Doliny. W styczniu krzaki nie wyglądają imponująco, pobyt w tym miejscu to znakomita okazja do zakupu słynnych różanych kosmetyków. Kiedy dziewczyny oglądają kremy i toniki mnie udaję się namówić urocza siedmiolatkę do pozowania, sesja trwa chyba ze 30 sekund, w efekcie mam 3 zdjęcia. Teraz nie licząc krótkiej przerwy na harrirę i kawę i omlet zmierzmy w stroną wąwozów Dades. Postój jest o tyle istotny że mogę wejść do kuchni i zobaczyć, jak nasz omlet powstaje. Po pluło 100kilometrach w miejscowości Bumalne z  głównej drogi skręcamy na północ. Najpierw  15 kilometrów poprzez dolinę, która wygląda jak jakieś gigantyczne zgrupowanie hałd kopalnianych pomieszanych z gruzowiskami. Następne 10 kilometrów, to odmienne formy, skalne przez swój kształt nazywane Kocimi Pazurami. Jak się później dowiedziałem, miejsce to było kiedyś ujściem olbrzymiej rzeki do pramorza. Dziwaczne formy skalne to zwietrzałe i poddane erozji powietrznej masy materiału skalnego naniesionego przez tę gigantyczną rzekę. Prawdziwy wąwóz zaczyna się kawałek dalej, niestety jest zalany wodą, śniegi w Atlasie topnieją i większość suchych przez 9 miesięcy w roku wąwozów   teraz stało się strumieniami. Wyjeżdżamy autem na górę, by z stamtąd obserwować wąwóz. Jest na co popatrzeć. Dla mnie osoby z lękiem wysokości wyjazd najbardziej kręta drogą Afryki był dość stresujący. Na dół schodzimy na nogach. Około 3 kilometry. Miła przechadzka i okazja do wielu zdjęć. Tego nie da się opisać to trzeba zobaczyć. Około 14.00 ruszamy w drogę powrotna do Bumalne. Kolejny punkt programu to Tudora. Dochodziła 15.00, byliśmy już zmęczeni. Nie było bardzo gorąco, to dopiero końcówka stycznia. Prawdziwe upały zagoszczą tutaj od kwietnia. Trzeba przyznać że byliśmy tez dość głodni. Stanęliśmy po drodze w jakimś miasteczku, niestety dostępne były jedynie restauracje  działały w oparciu o typowy dla Maroko sposób czyli idź na souk, kup co tam chcesz, przynieś nam, powiedz jak ci to przygotować i  wróć za 40 minut. Nie wiem dlaczego ale dziewczyny do końca nie przekonały się to tej metody. W efekcie od śniadania jedliśmy tylko pomarańcze, przezorna Agnieszka jeszcze w hotelu nałupała ich dla nas 3 kilo. Teraz siatka już była pusta. Zgodnie z zapowiedzią Hrou czekające nas widoki powinny zabić głód. Początkowo droga przypominała typowe krajobrazy Atlasu Wysokiego.  Stopniowo po prawej stronie zaczęła ukazywać się dolina zwężająca się z każdym kilometrem. Po kilku minutach miał już szerokość 400 metrów. Ostatni kawałek przeszliśmy już pieszo. Kierowca z bagażami powiedział, że spotkamy się za około kilometr. Gigantyczne ściany z każdym krokiem były bliżej siebie. Pisząc gigantyczne nie przesadzam, mają po 330 metrów wysokości i są pionowe. Słonce już nie jest widoczne więc na oszałamiające zdjęcia nie ma co liczyć. Ciągle patrzę na te, jak by nożem ucięte skały i coraz mniej mnie dziwi, że jest to święty Graal spinaczy skałkowych z całego świata. Okolice wąwozów zamieszkane są przez Nomadów. Wrócili oni tu po pięcioletniej przerwie spowodowanej suszą. Teraz dnem wąwozu znów płynie strumień, jest woda jest życie. Spotkaliśmy kobietę z osłami która przyszła po wodę. Zmierzamy za nią ale po opuszczeniu wąwozu kieruje się ścieżką w górę, jest już tylko 40 minut do zachodu słońca, nie chcemy by mrok złapał nas na ostrej i stromej górskiej ścieżce. Obrzeża wąwozu to pola uprawne, prawie zawsze jest tu woda więc można uprawiać jęczmień, palmy, ciecierzycę itd. Dnem wąwozu płynie strumień, nie tak potężny jak ten w Dades ale wykorzystując coraz słabsze światło, co daje mi szansę na dłuższe czasy ekspozycji robię kilka zdjęć.  Powstaje ładny efekt waty wodnej. Wracamy do hotelu. Choć ma 3 pietra kompletnie ginie na tle ponad 300 metrowych ścian. Nie ma w nim też elektryczności. A właściwie to jest ale z generatora od 18.00 do 23.00 a potem od 6.30. Oznacza to, że rano będziemy pakować się przy świeczkach, a przez noc nie naładują się baterie do aparatów.  Kolacja dopiero za kilkanaście minut, zamawiamy herbatę i obserwujemy pionowe ściany. Po kolacji wychodzimy jeszcze raz poobserwować niebo. Dochodzi 22.00 oprócz nas tylko dwoje wspinaczy z Holandii. Zaraz wyłączą światła, idziemy do spania. I tu właściwie powinienem skończyć, ale w nocy przytrafiła się mnie i Oli dziwna przygoda.  Oboje jesteśmy dziećmi miasta co oznacza że w praktyce nigdy nie mamy do czynienia z absolutna ciemnością. Kiedy obudziłem się w nocy, otwarłem oczy i zobaczyłem ciemność, gęstą czerń, bez jakiego kol wiek światła tła. W pierwszym odruchu spanikowałem, że oślepłem. Szybko namacałem telefon, uff z oczami wszystko OK. Po prostu w około panowała ciemność doskonała, podszedłem do okna, wąski pas nieba pomiędzy ścianami skrzył się milionami gwiazd, nigdy tylu gwiazd nie widziałem. Ola miała identyczną sytuację. Nie umiemy żyć w ciemności i tak naprawdę, to nie wiemy co to ciemność. Taka przykra refleksja po fajnym dniu.


Dzień piąty – poprzez Tadirhoust do Merzougi

O ile o Merzoudze każdy kto się Marokiem interesował słyszał o tyle Tadirhoust trudno odnaleźć na mapie, a przewodniki o nim milczą. Dlaczego tam jedziemy? Bo to rodzinna wieś Hrou, ciągle ma tam stryjów, kuzynów itd. Dla nas to szansa na zobaczenie, Maroka nie dla turystów. Jak zawsze wstaliśmy przed świtem, nawet przed rozruchem generatora. Oznacza to pakowanie przy świecach. Szybkie śniadanie i w drogę. Wracamy przez Dolinę, słońce wstaje, jest ładne miękkie światło, robimy kilka zdjęć i w drogę.  Nie licząc przerwy na toaletę i papierosa zmierzamy prosto w rodzinne strony Hrou. Po gorącym powitaniu i obowiązkowej herbacie stryj pokazuje nam swoje gospodarstwo, zaczyna od krowy i cielaka, ma też kilka kur, dwa osiołki i około 30 królików, część naprawdę malutkich. Dziewczyny robią sobie z nimi zdjęcia, jak się później okaże, brzemienne w skutkach. Potem wielkie przymierzanie szat berberyjskich i  biżuterii. Wreszcie obiecana przejażdżka osłem przez wieś i oazę. Z bliska oglądamy trud ale i biedę przeciętnego Marokańczyka. O ile w mieście, szczególnie tym o znaczeniu turystycznym życie jest z roku na rok łatwiejsze i zbliżone do europejskiego o tyle wieś to zupełnie inna bajka. Tutaj można zobaczyć ile pracy kosztuje uzyskanie kilku kilo daktyli. Jak trudno w tym suchym klimacie zebrać wystarczającą ilość paszy dla zwierząt, czy też ile zachodu potrzeba, by uzbierać opał do upieczenia chleba. A mimo wszystko ludzie są radośni i uśmiechają się znacznie częściej, niż nasi rolnicy. A nie mają dopłat traktorów, większość prac wykonują ręcznie, a takie pojęcie jak interwencyjny zakup jakiegoś płodu rolnego, to dla nich abstrakcja.  Spacer po oazie to bajka, woda doprowadzana jest z gór. Poletka są miniaturowe, ledwie 2 może 3 ary. Do tego w rogach a często i w środku pola palma albo drzewo oliwne. Uprawia się ciecierzycę, jęczmień, brukiew, warzywa. Oaza to królestwo kobiet, pracują plotkują. Tu, z dala od męskich spojrzeń, uda się czasami którąś z kobiet namówić do fotografowania. Stryjek pozował chętnie, natomiast na fotografię ciotki i kuzynek zgody nie dostałem. Szkoda, ale jak wlazłeś między wrony... Po spacerze otrzymujemy zaproszenie na obiad. Nim przystąpimy do jedzenia odbywa się cały rytuał.   Posiłek jemy w specjalnej Sali jadalnej do której oczywiście wejść można jedynie boso, potem obmywanie rąk, ciepła woda w dzbanku itd. Je się rękami. Dopiero potem ciotka wnosi jedzenie, po podaniu na stół znika w kuchni, kobiety i mężczyźni nie jadają razem. Pierwszym daniem jest kuskus, kasza z mięsem, sosem i dużą ilością warzyw. Potem na stół trafiają małe grillowane zwierzątka, króliki, te same które parę godzin wcześniej, moje dziewczyny nosiły na rękach i z którymi się fotografowały. Oczywiście nie będą królików jadły. Mnie też, jakość nie przejdą przez usta. Z rozsądku i by nie obrazić gospodarzy zmuszam się by spróbować. Mięso jest bardzo kruche, aromatyczne, czuć dobrze dobrane przyprawy. Niestety różnica cywilizacyjna nie pozwala mi zjeść więcej, na co dzień po prostu nie łącze wędliny leżącej na talerzu z żywym, odczuwającym zwierzęciem. Mięso jest ze sklepu, a nie ze świni czy kurczaka. Na deser podano wybór owoców. Czas nas nagli, więc ostatnie wspólne zdjęcia i ruszamy w stronę Sahary. Do przejechania jeszcze blisko 200 kilometrów, a zależy nam żeby być minimum godzinę przed zachodem słońca. Ruszamy w stronę Risani, to już naprawdę blisko Sahary. Coraz mniej tu ludzi, krajobraz pustoszeje, staje się monotonny. Po godzinie jazdy mijamy znak „Uwaga Wielbłądy" nie dziwi więc, kiedy po przejechaniu kilku kilometrów, trafiamy na spore stado przechodzące przez drogę i pasące się na resztce roślinności. Robię kilka zdjęć i dalej w drogę. Po dwóch godzinach jazdy nie wytrzymuję i wymusza 10 minutową przerwę na papierosa. Pobocze drogi jest już zasypane piaskiem. Do wydm czyli do Erg Szebbi jeszcze spory kawałek ale piach jest już wszędzie.  Na poboczach stoją handlarze pamiątkami, głównie skamielinami. Jeszcze 3 lata temu byli to dumni nomadowie, właściciele sporych stad. Jednak ostatnie 5 lat nie spadła tu kropla wody, studnie wyschły. Pasterze sprzedali stada, pieniądze przejedli i dziś koczują w namiotach przy drodze i sprzedają pamiątki. Ten rok jest dobry, pada. Co z tego, kiedy pieniędzy na odbudowę stad zostały wydane. Podobno, król obiecał im pomóc. Problem dotyczy kilkudziesięciu tysięcy rodzin. Powoli zbliżamy się do Erfoud. Miasto leży w żyznej dolinie Ziz. Jest jej centrum administracyjnym. Całą dolina to jeden wielki gaj palmowy. I wąski pas ziemi użytkowanej przez człowiek. Na zachód od niej ciągną się pustkowia Marriha na wschód piachy Sahary. Jeszcze 50 kilometrów i jesteśmy w Merzougdze. Już z daleka widzimy wysokie na 150, a miejscami nawet na 180 metrów ruchome wydmy. Słonce jeszcze wysoko, piach błyszczy złotem. Hotel jest usytuowany 150 metrów od granicy piachu. Nawet nie wyjmujemy bagażu z auta, będziemy mogli zrobić to po zmroku. Prosto ruszamy na podbój pustyni. Mamy do pokonania 500 metrów po piachu i przewyższenie około 150 metrów. Idzie się piekielnie ciężko. Piach jest drobny jak mąka, każdy krok powoduje zapadanie się po kostki, czasami po kolana. Po 30 minutach wraz z obniżeniem się słońca pustynia ciemnieje, piach staje się pomarańczowy, potem niemalże czerwony. 2 karty pęcznieją od zdjęć. Na szczęście, podczas wizyty u rodziny Hrou, podłączyłem baterie do ładowania. Zachód słońca, choć spektakularny trwa jedynie 2 może 3 minuty. Nie są to zachody, znane nam choć by z bałtyckich plaż, kiedy 30 minut możemy patrzeć, jak powoli słonce tonie morzu. Tu dzieje się to bardzo szybko. Kiedy słoneczko zaszło w ciągu paru sekund zrobiło się chłodno. Szybkim krokiem wracamy do hotelu. Nomad Palace, bo tak nazywa się nasz nocleg podobnie jak wszystkie wybrane dla nas hotele jest klimatyczny, czysty i zadbany. Pokój stylizowany na namiot nomadów ma wspaniały klimat. Jest też oczywiście zarówno klimatyzacja jak i ogrzewanie. Noc naprawdę robi się chłodna. Idziemy na kolację, dziś wiemy, że to jedna z dwóch najbardziej klimatycznych kolacji podczas pobytu. Prócz nas w zamieszkuje tu tylko jedna 75 letnia amerykanka, przy czym ona jest tutaj od 7 miesięcy, pracuje nad książką i pali kif czyli marokańską marihuanę wraz z obsługą. Po chwili,  na stole lądują szaszłyki drobiowe, sałatki, frytki i pieczone klopsy wołowe w jajkach. Palce lizać. Restauracja świeci pustkami, obsługa nie jest zmęczona więc dla zabawy i radości chyba bardziej własnej niż naszej zaczynają koncert na bębnach. Uszy stają dęba, melodyczne i rytmiczne szaleństwa do tego śpiew typowy raczej dla Czarnej Afryki. Jesteśmy oczarowani. Jak się dowiadujemy od kierowcy,  chłopaki są po paru kieliszkach wina i sporej ilości zioła, więc zabawa się rozkręca, mogę fotografować do woli. Po chwili zaczynają się dziwne anegdoty, głownie o uczestnikach starego rajdu Dakar który przed przeprowadzką do Argentyny przebiegał właśnie przez sąsiednie wydmy. Podobno Colin McRee często po kif do kuchni zaglądał. Dochodzi 24. Czas spać. Pobudka o 5.30, spacer na wydmy i fotografowanie wschodu słońca.


Dzień szósty – 700 kilometrów przez Maroko

Szkoda, że nie mam rękawiczek. Taka myśl chodził mi po głowie, miałem długie spodnie, sweter i ciepłą kurtkę, marzły mi jedynie dłonie. Było przed szóstą rano. Zmierzałem na szczyt wydmy, słonce miało wstać za pół godziny. Było bardzo zimno, 4 maksymalnie 6 stopni. Do tego czułem się dziwnie, szedłem sam po pustyni, było ciemno, dziewczyny zostały w łóżkach. Piach, który wczoraj prawie parzył dziś jest zimny. Trochę się bałem. Naczytałem się o skorpionach i wężach piaskowych które polują właśnie o poranku. Większość jest jadowita, ukąszenie nie zabija ale jest bardzo bolesne, Kroki stawiałem z rozwagą.  Po wejściu na szczyt zapaliłem papierosa i słonce zaczęło wschodzić. Najpierw, jeszcze ukryte za horyzontem, oświetlało jedynie chmury nadając im dziwny żółtawy odcień, pustynia była szarawa. Potem stopniowo oświetlając piach. Ponieważ padało  mocno z boku powstawały dziwne kombinacje cieni. Znowu wypstrykałem kartę czyli około 250 zdjęć. Wracam do hotelu, wszystko już spakowane. Przy śniadaniu zapada decyzja o zmianie planów. Nie zostajemy na noc w Zagorze, zupełnie wykreślamy ją z naszych planów. Jedziemy prosto do Agadiru. Z 2 nocy wg planów robimy 3. Czyli dwa pełne dni lenistwa w Agadirze. Jesteśmy już zmęczeni długimi godzinami w aucie, chcemy po prostu trochę odpocząć. Niestety ta decyzja powoduje konieczność przejechania 700 kilometrów, z czego 550 po nie najlepszych drogach południa i wschodu. Decydujemy się na to. Już wiemy że brakuje nam tego jednego dnia. Pierwsze podejście mówiło o wylocie z Polski w poniedziałek. Za długo jednak podejmowaliśmy decyzję. I kiedy już mieliśmy kupować bilety, okazało się, że wylot w poniedziałek, w rozsądnej cenie, nie jest możliwy, polecieliśmy we wtorek. Jeden dzień krócej, a straciliśmy szansę na nocleg na pustyni.  Teraz nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Decyzje podjęte, robimy co 90 minut przerwę na papierosa, krótką przerwę na souku w Risani  i przerwę na obiad, podziwiamy widoki i w drogę do Agadiru. Go West! O lunchu opowiadał nie będę, nie ma o czym. Tażin i szaszłyczki. O widokach opowiedzieć się na da, zapraszam do galerii. Opowiem za to o cotygodniowym bazarze w Risani. Spędziliśmy tam może 30 minut, najbardziej spodobał mi się mały placyk, na którym handlowano żywymi zwierzętami. Dzięki szerokiemu obiektywowi w nikogo nie celując zrobiłem kilka całkiem przyjemnych zdjęć.  Na uwagę zasługuje to które umieściłem w tej relacji. Mały chłopak wpychający owcę na plac. U nas to dziecko, tam już pomaga, popatrzcie na napięcie na jego twarzy.  Reszta dnia to raczej męcząca nuda. Do Agadiru dojeżdżamy około 20.15. Przy pożegnaniu Hrou zaprasza nas na jutro do siebie na obiad. To spory zaszczyt, zaproszenie oczywiście przyjmujemy. W pokoju nawet nie rozpakowujemy walizek. Idziemy na kolację. Zatrzymaliśmy się w tym samym hotelu co 2 lata temu. Na restauracji poznaje nas jeden z kelnerów, Do Oli zwraca się po imieniu. To on poprzednio wrzucał jej pomarańcze do kaptura. Bardzo to miłe. Pierwszy raz od dawna mamy wannę a nie prysznic. Siadam w niej na 20 minut, wypite do kolacji wino zaczyna działać, prawie zasypiam, resztką sił wycieram się i już śpię. Po przebudzaniu z balkonu zobaczymy ocean.

 


 

Dzień szósty i siódmy - Agadir

Te dwa dni streszczę w jednym rozdziale , tak naprawdę to nie ma o czym pisać. Normalne życie ludzi na wakacjach. Dużo spacerów, trochę opalania nad basenem, hektolitry wypitego soku, parę ryb zjedzonych w porcie i restauracjach. Zakupy na souku. Na szerszą uwagę zasługuje jedynie nasza wizyta w domu Hrou. Jak mieszkają przedstawiciele marokańskiej klasy średniej, co jadają, jakie obyczaje panują u nich w domu? . Już opowiadam. Punktualnie o 13.00 podjechał po nas pod Hotel, mieszka w sąsiedztwie uniwersytetu. Agadir to nie tylko plaże, to też 600 tysięczne miasto. Przejazd po ulicach zakorkowanych w sposób typowy dla wielkich miast trwał około 15 minut. Po przybyciu przedstawiono nam żonę, Oczywiście w chuście na głowę, starsza córkę, 11latkę, też w obowiązkowej chuście. Młodsza z córek,  lat 5 i niespełna 2 letni synek ubrani byli po europejsku. W mieszkaniu duża jadalnia, około 5x5 metrów. Dookoła sofy a na środku dwa olbrzymie okrągłe stoły. Na kółkach by łatwo przesuwać je po pomieszczeniu. W rogu niewielki podest z ozdobnym wydaniem Koranu. Do jadalni wchodzimy oczywiście bez butów. Po chwili żona podaje olbrzymi tażin. Wersja świąteczna czyli oprócz kurczaka, wołowiny i warzyw są w nim również suszone śliwki , oliwki i morele. Prezentuje się to znakomicie. Smakuje jeszcze lepiej. Wypiekanym oczywiście w domu. Pani domu nie pracuje, ma na to więc czas. Na stole są też oliwki i sałatka marokańska czyli pomidory, cebula, zielona papryka i liście kolendry, pokrojone w kostkę i wymieszane z oliwą z oliwek. My jako goście dostajemy sztućce, reszta je chlebem. Czy da się pokroić wołowinę skórką od chleba? Oczywiście jak się wie jak. Oni robią to z taką łatwością i wprawą, że nie mogę wyjść z podziwu. Pani domu mówi po angielsku, jest więc szansa na zapytanie o przepisy , życie codzienne, szkołę dzieci itd. Starsza córka mocno spięta jutro ma egzaminy, odpowiednik naszych testów kompetencji po gimnazjum. Po daniu głównym na stole lądują owoce. Pomiędzy nimi truskawki i największe daktyle jakie w życiu widziałem. Są więcej niż przepyszne. Ola wyjada truskawki, zagryzając bananami. Malutkimi, bardziej różowymi niż żółtymi i niebiańsko słodkimi. Po posiłku następuje pokaz mieszkania. Mieszkanie ma ponad 120 metrów i malutkie podwórze wyłożone kamieniem. To podobno najchłodniejsze miejsce w domu. Teraz kiedy klimatyzacja jest standardem żyje się lżej, kiedyś mieszkanie chroniło się przed promieniami słonecznymi i ciepłem z zewnątrz. Nic dziwnego że ściany mają po 50 centymetrów grubości a w oknach są grube okiennice.  Ze szczególną dumą Hrou pokazuje nam zimne marmurowe podłogi. To nowa inwestycja , niedawno miał z drewna, teraz wraz z poprawą sytuacji ekonomicznej mógł sobie pozwolić na kamień. Odwrotnie niż u nas, gdzie podłoga drewniana to szczyt elegancji. Wrażenie robi też kuchnia, olbrzymia, z elektrycznym piecem chlebowym i kolekcją naczyń do tażina. Od 15 do 50 centymetrów średnicy. Prosimy Hrou aby w miarę możliwości postarał się kupić nam jeden, taki dla 3 osobowej rodziny czyli około 30 centymetrowy. Reszta mieszkania czyli pokoje dziewczynek, z komputerem u starszej, spinalnia, pokój telewizyjny wyglądają bardzo zwyczajnie. Różnice kulturowe powoli się zacierają. Wyjątek stanowi toaleta a właściwie dwie, jedna z tradycyjną muszlą druga z tak zwaną narciarką, bywalcy dworców kolejowych wiedzą co mam na myśli. W oczy rzuca się też brak papieru toaletowego. Jego miejsce zastępuje wężyk z ciepłą woda, wychodzący ze ściany. Używanie SUCHEGO papieru uważają za nie higieniczne. Po posiłku jedziemy w stronę miasta Inezgane, to położone 12 kilometrów od Agadiru miasteczko słynie ze swoich souków, pisałem o tym w relacji z 2008 roku. Na tamtejszym bazarze dziewczyny robią sobie hennowe tatuaże na dłoniach. Około 17 jesteśmy z powrotem w Agadirze. Spacer, zachód słońca, kolacja i czas spać. Dzień drugi zaczynamy od wizyty na souku. Potem już tylko lenistwo. Pyszne świeże ryby, znowu sok pomarańczowy i tak do wieczora. Akumulatorki naładowane. Wieczorkiem pakowanie, by rano o 7.30 móc ruszyć w dalsza drogę. Lenistwo się skończyło.


Dzień ósmy – Essaouaria (As-Sawira)

Dwa lata temu mieliśmy na zwiedzenie tego romantycznego miasteczka jedynie 4 godziny, po prostu krótka przerwa w drodze do Marrakeszu. Tym bardziej teraz cieszę się na możliwość dłuższego zwiedzania i nocleg. Do tego w kilku miejscach słyszeliśmy, że ceny na tamtejszych soukach są wyjątkowo okazyjne. Przed wyruszeniem w ten 170 kilometrowy przejazd solennie obiecuje że postoje na zdjęcia ograniczę do 4. Rzadko mi się to zdarza, ale tym razem dokładnie wiem co chce fotografować. Bardzo mi tez odpowiada wyjazd o wschodzie słońca. Pierwsze z fotografowanych miejsc powinniśmy osiągnąć jeszcze w tak zwanej złotej godzinie. Czyli kiedy słonce daje boczne oświetlenie, a nie górne, a światło jest ciepłe i żółte. Pierwszy z postoi odbywamy na klifowym, atlantyckim wybrzeżu. Fotografuje zarówno sam klif jak i kamienie obmywane przez wodę. Słońce nie jest jeszcze bardzo ostre, mogę uzyskać czasy pozwalające na rozmycie wody. Sesja trwa około 20 minut, dla moich pan zbyt długo. Do tego po zdjęciach musze zapalić. Na poprawę humory robie kilka portretów. Ruszamy w dalsza drogę. Kolejny przystanek to wieś Bananowa czyli Tamri. Słynie ona z uprawy najsmaczniejszych bananów w Maroku. Mają tam tez odmianę bezcukrową, dla diabetyków.  Ich skórka ma lekko fioletowy odcień. Szkoda, że nie importuje się ich do Europy. Ich smak sprawił by radość wielu osobą, które bananów jeść nie mogą, ze względu na cukrzycę. Najpierw stajemy na plantacji, przechadzka pomiędzy bananowcami, sama przyjemność. Znów robię kilka zdjęć. Kolejny spot dosłownie 5 minut dalej czyli we wsi. Oczywiście kupujemy banany, dużo bananów. Całą siatkę. Sprzedawcy widząc mnie z aparatem proszę by zrobić im kilka zdjęć i wysłać. To pierwszy raz, by muzułmanin poprosił mnie o zdjęcie. Jestem więcej niż zaskoczony, oczywiście decyduje się na szybką zamianę obiektywu, strzelam kilka portretów i jedną zbiorówkę. Ruszamy w dalszą drogę. Jestem ciągle w szoku, przeglądam zdjęcia na wyświetlaczu aparatu a tymczasem dziewczyny prawie kończą banany, zjadły chyba ze 2 kilo. Ich możliwości mnie przerażają. Mnie został tylko jeden stop na zdjęcia. Dokładnie wiem na co ma ochotę go wykorzystać. Oczywiście na kozy objadające drzewa arganowe. Z poprzedniego wyjazdu mam sporo takich zdjęć , ale nie ze wszystkich jestem zadowolony. Teraz ciągle słonce jest dość nisko więc zdjęcia powinny wyjść lepsze. Po około godzinie jazdy Trafia się okazja. Słoneczko jest ustawione tak jak powinno a kóz całkiem sporo. Nie licząc najmniejszych, jeszcze chyba dojących matkę, prawie wszystkie skaczą po gałęziach.  Stajemy , fotografuję. Dziewczyny biora te malutkie na ręce. Całkiem udana sesja. Mnie fascynuje kozioł. Ma głowę o kształcie zbliżonym do diabelskiego, biorąc pod uwagę wizerunek szatana z kultury masowej i do tego żółte oczy. Robię mu „portret". Pewnie kiedyś przyda się do jakiegoś montażu. Ruszamy dalej. Jeszcze godzinka i jesteśmy w mieście wiatrów. Coś dziwnego ma w sobie As-Sawira co sprawia że czuje się tam jak u siebie. Wiele osób narzeka, na prawie zawsze wiejący silny wiatr. Uczynił on z tego malutkiego miejsca najpopularniejszy ośrodek surfingu w Afryce północnej. Podobno wywiewa tez złe duchy. Dlatego mieszkańcy są tacy otwarci i wyluzowani. W latach 60 funkcjonowała tu olbrzymia komuna hipisowska, bywał tu Hendrix. Podobno właśnie o niej powstał słynny „Castles Made of Sand". Jak z tymi duchami jest nie wiem, wiem za to na pewno że co chwile w powietrzu wyraźnie czuć zapach kifu. Niby to nielegalne, ale nikt sobie z tego nic nie robi. Nocujemy w Riadzie  czyli tradycyjnym domu z dziedzińcem. Kiedyś mieszkał tu cały rud. Obecnie jest to Hotel. Riad usytuowany jest za murami, czyli w starej części miasta. Oczywiście nie ma szans na podjechanie tam autem. Uliczki mają może 120 centymetrów szerokości i tworzą labirynt. Na parkingu czeka na nas chłopak z wózkiem i przewozi nasze bagaże. Pokoje zachwycają. Najciekawsza jest kabina prysznicowa z wypalanej gliny. Jak by brać prysznic wewnątrz olbrzymiej doniczki. Dziwne. Spacer zaczynamy od zakupów. Marzy mi się koc, pufa i poduszka w odcieniach pomarańczy. Wykonane w typowy dla Maroka sposób polegający na gradientowym przechodzeniu odcieni. Najniższa cena jaką udało nam się wytargować do tej pory to 40 euro. Do akcji wkracza Hrou. Kupujemy za 14. Potem torebeczki. Umawiamy się na kolację i rozpoczynamy spacer bez celu uliczkami. Właściwie to zmierzamy w stronę portu, albo jakiegoś miejsca gdzie można coś zjeść. W bocznej uliczce znajdujemy jakiś lokalik. Sola jest przepyszna. Ola stwierdza że to jej ulubiona ryba. Teraz już idziemy do portu. W porcie smażą ryby. Ola znowu zjada solę i wielki talerz krewetek. Jesteśmy nad oceanem, jedzmy ryby. Są smaczne, zdrowe i nie bardzo drogie. Do osiemnastej spacerujemy, wygrzewamy się na ławce, pijemy sok. Chłoniemy atmosferę. Nie wiem czy to te białe ściany i niebieskie okiennice, czy wąskie uliczki, czy port i mury. Nie wiem co ale w tym miejscu czuje się jak bym ponad ziemią się unosił. Jeżeli miałbym spędzić w Maroku jeden dzień, było by to nicnierobienie w As-Sawirze. Fascynują mnie też mieszkańcy. NA ulicach widać głównie młodych ludzi, często w dredach. Wielu z nich ma ciemniejszą skórę niż Berberowie. Prawdopodobnie są potomkami niewolników z Sudanu przywiezionych tu w  XVII wieku przez Portugalczyków jako siła robocza do budowy twierdz na wyspach. Dziś na wyspach są ruiny i rezerwat ptaków. Twierdza portowa za to ma się dobrze, podobnie jak mur. Za murem można oglądnąć inny obraz miasta. To miejsce spotkań miejscowych żulii pijących tani destylat z fig. Postałem tam chwile fotografując zachód słońca. Nie spodziewałem się zobaczyć tylu alkoholików w kraju islamskim.  Nie był to zresztą przyjemny widok, w przeciwieństwie do widoku miasta skąpanego w zachodzącym słońcu. Powoli wracamy do riadu. Dziś kolacja na mieście, nasza ostatnia w Maroku. Żal. Hrou zaprasza nas do smażalni ryb. Ryby sam wybrał. Kupił je od rybaków. W menu dziś małe rybki, wielkości sardynek smażone w głębokim tłuszczu, są bardzo smacznie i poza kręgosłupem nie mają ości. Jadają je głównie dzieci. Potem grillowana sola. Ola jest przeszczęśliwa. Jak by tego było mało za chwile na stole ląduje wielki półmisek krewetek gotowanych w pancerzach, potem miska harriry dla Oli i na deser owoce. Jedzenie choć proste jest niezwykle smaczne. Dobre świeże składniki to cała tajemnica. Wracając do hotelu widzimy punkt krawiecki, Oli przedarły się spodnie. Za chwilę Hrou jako przewodnik/tłumacz i Ola idą do krawca. Po 10 minutach spodnie są naprawione. Koszt usługi 5 MAD czyli 2 złote. Z żalem kładziemy się spać. Przed nami ostatnia noc w Maroku.

 


 

Dzień dziewiąty – Marrakesz i odlatujemy

Jak te 8 dni szybko minęło, stanowczo za szybko. To będzie więcej niż krótkie sprawozdanie. Po śniadaniu ruszamy w stronę Marrakeszu. W As-Sawirze pada. Może i dobrze , jakoś mniejszy żal, że trzeba wracać. Coś żle się czuje. To chyba wina tych dziwnych papierosów. Zapomniałem kupić papierosy i po śniadaniu kupiłem coś dziwnego, miały tylko arabskie napisy. Hrou się zaśmiewa że to czarny tytoń. Fakt dwa machy i dostaje ataku duszącego kaszlu. Są bardzo mocne i po prostu śmierdzą. Organizm domaga się jednak nikotyny, wypalam więc jednego. Po drodze nawet nie chce mi się fotografować, zresztą pogoda nie na fotografowanie, niebo szare i kropi. 100 kilometrów przed Marrakeszem stajemy na kawę, mogę kupić normalnego papierosa, na sztuki, wypić espresso i w drogę. Po drodze jeszcze jeden przystanek w dużym sklepie, ostatnie zakupy pamiątek w tym kilka zup w proszku, oczywiście jest to harrira itd. Z każdym kilometrem jest coraz słoneczniej. Niedawno musiał padać śnieg, oczywiście w górach bo szczyty znowu są białe. Proszę o podjechanie w miejsce gdzie powstaje słynne pocztówkowe zdjęcie białe szczyty , palmy i mury miasta.  Potem już tylko Jem el-Fna. Błyskawicznie przelatujemy przez souk, kilo oliwek, trochę do pojedzenia teraz, trochę do samolotu, torebki których nie udało się kupić nigdzie indziej, parę drobiazgów w tym pomarańczowy czajniczek który stoi sobie niecały metr ode mnie gdy pisze te słowa. Ciągle pachnie sukiem. Potem Obiad. Znowu szaszłyczki, harrira i tym razem smażone wołowe kiełbaski. Jeszcze ostatnia szklanka soku. Czy uda się kiedyś jeszcze wypić sok pomarańczowy na Jema ? Na świecie jest tyle pięknych miejsc, a my mamy ograniczony czas i środki. Przykra refleksja, że chwilowo kierujemy nasze spojrzenie bardziej na wschód. Kusi nas Azja.  Z drugiej strony w Maroku ciągle mamy nie zaliczone miasta imperium i nocleg na Saharze. Czy tu wrócimy czas pokaże. Rozważania kończy przykra konieczność przepakowania bagaży. By zmieścić się w limicie wagi tanich linii ubieramy się w ciuch w których przylecieliśmy, sandałki zastępujemy butami na nasza polska zimę. Walizki przepakowane. Gliniane naczynie do tażinu zawinięte w podkoszulki, mam nadzieje że doleci całe. Jeszcze tylko kilka minut i jesteśmy na lotnisku Menara. Za 15 minut rozpocznie się odprawa a za 2 z kawałkiem będziemy w powietrzu. Żegnamy się czule z Hrou, obiecujemy że jeszcze uda nam się spotkać o ile Bóg pozwoli, „In szal Allach". Lot do Paryża mija bez komplikacji za to nocleg na nieogrzewanym paryskim lotnisku wykańcza nas. Potem tylko żabi skok i o 10.30 lądujemy w Krakowie.

Jesteśmy zmęczeni ale szczęśliwi. To był dobry wyjazd choć brakło nam dwóch dni do pełnego zobaczenia południa i wschodu. Mamy wiec ciągle powód by wrócić. Ile to kosztowało zapytacie? Mniej niż 2 tygodnie w zakopanym podczas ferii zimowych. A to co widzieliśmy i przeżyliśmy,  porównać z Zakopanym się nie da. I na koniec, tażin doleciał kosztował nas 3 euro i świetnie się sprawdza.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Blurppp - Zapiski z pustyni

DSC 0248

Zapraszamy również do odwiedzin na blogu Irka

Sporo tam o podróżach, ale przeczytacie tam także o ksiażkach, fotografi i winie

Odwiedżcie koniecznie. 

http://www.blurppp.com/blog

Kontakt

Najprostszą metodą kontaktu z nami jest poprostu napisać maila 

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Zawsze odpowiadamy.