Relacje Galerie oficjalne Galerie prywatne Blog

Dzień ósmy – Essaouaria (As-Sawira)

Dwa lata temu mieliśmy na zwiedzenie tego romantycznego miasteczka jedynie 4 godziny, po prostu krótka przerwa w drodze do Marrakeszu. Tym bardziej teraz cieszę się na możliwość dłuższego zwiedzania i nocleg. Do tego w kilku miejscach słyszeliśmy, że ceny na tamtejszych soukach są wyjątkowo okazyjne. Przed wyruszeniem w ten 170 kilometrowy przejazd solennie obiecuje że postoje na zdjęcia ograniczę do 4. Rzadko mi się to zdarza, ale tym razem dokładnie wiem co chce fotografować. Bardzo mi tez odpowiada wyjazd o wschodzie słońca. Pierwsze z fotografowanych miejsc powinniśmy osiągnąć jeszcze w tak zwanej złotej godzinie. Czyli kiedy słonce daje boczne oświetlenie, a nie górne, a światło jest ciepłe i żółte. Pierwszy z postoi odbywamy na klifowym, atlantyckim wybrzeżu. Fotografuje zarówno sam klif jak i kamienie obmywane przez wodę. Słońce nie jest jeszcze bardzo ostre, mogę uzyskać czasy pozwalające na rozmycie wody. Sesja trwa około 20 minut, dla moich pan zbyt długo. Do tego po zdjęciach musze zapalić. Na poprawę humory robie kilka portretów. Ruszamy w dalsza drogę. Kolejny przystanek to wieś Bananowa czyli Tamri. Słynie ona z uprawy najsmaczniejszych bananów w Maroku. Mają tam tez odmianę bezcukrową, dla diabetyków.  Ich skórka ma lekko fioletowy odcień. Szkoda, że nie importuje się ich do Europy. Ich smak sprawił by radość wielu osobą, które bananów jeść nie mogą, ze względu na cukrzycę. Najpierw stajemy na plantacji, przechadzka pomiędzy bananowcami, sama przyjemność. Znów robię kilka zdjęć. Kolejny spot dosłownie 5 minut dalej czyli we wsi. Oczywiście kupujemy banany, dużo bananów. Całą siatkę. Sprzedawcy widząc mnie z aparatem proszę by zrobić im kilka zdjęć i wysłać. To pierwszy raz, by muzułmanin poprosił mnie o zdjęcie. Jestem więcej niż zaskoczony, oczywiście decyduje się na szybką zamianę obiektywu, strzelam kilka portretów i jedną zbiorówkę. Ruszamy w dalszą drogę. Jestem ciągle w szoku, przeglądam zdjęcia na wyświetlaczu aparatu a tymczasem dziewczyny prawie kończą banany, zjadły chyba ze 2 kilo. Ich możliwości mnie przerażają. Mnie został tylko jeden stop na zdjęcia. Dokładnie wiem na co ma ochotę go wykorzystać. Oczywiście na kozy objadające drzewa arganowe. Z poprzedniego wyjazdu mam sporo takich zdjęć , ale nie ze wszystkich jestem zadowolony. Teraz ciągle słonce jest dość nisko więc zdjęcia powinny wyjść lepsze. Po około godzinie jazdy Trafia się okazja. Słoneczko jest ustawione tak jak powinno a kóz całkiem sporo. Nie licząc najmniejszych, jeszcze chyba dojących matkę, prawie wszystkie skaczą po gałęziach.  Stajemy , fotografuję. Dziewczyny biora te malutkie na ręce. Całkiem udana sesja. Mnie fascynuje kozioł. Ma głowę o kształcie zbliżonym do diabelskiego, biorąc pod uwagę wizerunek szatana z kultury masowej i do tego żółte oczy. Robię mu „portret". Pewnie kiedyś przyda się do jakiegoś montażu. Ruszamy dalej. Jeszcze godzinka i jesteśmy w mieście wiatrów. Coś dziwnego ma w sobie As-Sawira co sprawia że czuje się tam jak u siebie. Wiele osób narzeka, na prawie zawsze wiejący silny wiatr. Uczynił on z tego malutkiego miejsca najpopularniejszy ośrodek surfingu w Afryce północnej. Podobno wywiewa tez złe duchy. Dlatego mieszkańcy są tacy otwarci i wyluzowani. W latach 60 funkcjonowała tu olbrzymia komuna hipisowska, bywał tu Hendrix. Podobno właśnie o niej powstał słynny „Castles Made of Sand". Jak z tymi duchami jest nie wiem, wiem za to na pewno że co chwile w powietrzu wyraźnie czuć zapach kifu. Niby to nielegalne, ale nikt sobie z tego nic nie robi. Nocujemy w Riadzie  czyli tradycyjnym domu z dziedzińcem. Kiedyś mieszkał tu cały rud. Obecnie jest to Hotel. Riad usytuowany jest za murami, czyli w starej części miasta. Oczywiście nie ma szans na podjechanie tam autem. Uliczki mają może 120 centymetrów szerokości i tworzą labirynt. Na parkingu czeka na nas chłopak z wózkiem i przewozi nasze bagaże. Pokoje zachwycają. Najciekawsza jest kabina prysznicowa z wypalanej gliny. Jak by brać prysznic wewnątrz olbrzymiej doniczki. Dziwne. Spacer zaczynamy od zakupów. Marzy mi się koc, pufa i poduszka w odcieniach pomarańczy. Wykonane w typowy dla Maroka sposób polegający na gradientowym przechodzeniu odcieni. Najniższa cena jaką udało nam się wytargować do tej pory to 40 euro. Do akcji wkracza Hrou. Kupujemy za 14. Potem torebeczki. Umawiamy się na kolację i rozpoczynamy spacer bez celu uliczkami. Właściwie to zmierzamy w stronę portu, albo jakiegoś miejsca gdzie można coś zjeść. W bocznej uliczce znajdujemy jakiś lokalik. Sola jest przepyszna. Ola stwierdza że to jej ulubiona ryba. Teraz już idziemy do portu. W porcie smażą ryby. Ola znowu zjada solę i wielki talerz krewetek. Jesteśmy nad oceanem, jedzmy ryby. Są smaczne, zdrowe i nie bardzo drogie. Do osiemnastej spacerujemy, wygrzewamy się na ławce, pijemy sok. Chłoniemy atmosferę. Nie wiem czy to te białe ściany i niebieskie okiennice, czy wąskie uliczki, czy port i mury. Nie wiem co ale w tym miejscu czuje się jak bym ponad ziemią się unosił. Jeżeli miałbym spędzić w Maroku jeden dzień, było by to nicnierobienie w As-Sawirze. Fascynują mnie też mieszkańcy. NA ulicach widać głównie młodych ludzi, często w dredach. Wielu z nich ma ciemniejszą skórę niż Berberowie. Prawdopodobnie są potomkami niewolników z Sudanu przywiezionych tu w  XVII wieku przez Portugalczyków jako siła robocza do budowy twierdz na wyspach. Dziś na wyspach są ruiny i rezerwat ptaków. Twierdza portowa za to ma się dobrze, podobnie jak mur. Za murem można oglądnąć inny obraz miasta. To miejsce spotkań miejscowych żulii pijących tani destylat z fig. Postałem tam chwile fotografując zachód słońca. Nie spodziewałem się zobaczyć tylu alkoholików w kraju islamskim.  Nie był to zresztą przyjemny widok, w przeciwieństwie do widoku miasta skąpanego w zachodzącym słońcu. Powoli wracamy do riadu. Dziś kolacja na mieście, nasza ostatnia w Maroku. Żal. Hrou zaprasza nas do smażalni ryb. Ryby sam wybrał. Kupił je od rybaków. W menu dziś małe rybki, wielkości sardynek smażone w głębokim tłuszczu, są bardzo smacznie i poza kręgosłupem nie mają ości. Jadają je głównie dzieci. Potem grillowana sola. Ola jest przeszczęśliwa. Jak by tego było mało za chwile na stole ląduje wielki półmisek krewetek gotowanych w pancerzach, potem miska harriry dla Oli i na deser owoce. Jedzenie choć proste jest niezwykle smaczne. Dobre świeże składniki to cała tajemnica. Wracając do hotelu widzimy punkt krawiecki, Oli przedarły się spodnie. Za chwilę Hrou jako przewodnik/tłumacz i Ola idą do krawca. Po 10 minutach spodnie są naprawione. Koszt usługi 5 MAD czyli 2 złote. Z żalem kładziemy się spać. Przed nami ostatnia noc w Maroku.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Blurppp - Zapiski z pustyni

DSC 0248

Zapraszamy również do odwiedzin na blogu Irka

Sporo tam o podróżach, ale przeczytacie tam także o ksiażkach, fotografi i winie

Odwiedżcie koniecznie. 

http://www.blurppp.com/blog

Kontakt

Najprostszą metodą kontaktu z nami jest poprostu napisać maila 

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Zawsze odpowiadamy.