Relacje Galerie oficjalne Galerie prywatne Blog

Dzień piąty – poprzez Tadirhoust do Merzougi

O ile o Merzoudze każdy kto się Marokiem interesował słyszał o tyle Tadirhoust trudno odnaleźć na mapie, a przewodniki o nim milczą. Dlaczego tam jedziemy? Bo to rodzinna wieś Hrou, ciągle ma tam stryjów, kuzynów itd. Dla nas to szansa na zobaczenie, Maroka nie dla turystów. Jak zawsze wstaliśmy przed świtem, nawet przed rozruchem generatora. Oznacza to pakowanie przy świecach. Szybkie śniadanie i w drogę. Wracamy przez Dolinę, słońce wstaje, jest ładne miękkie światło, robimy kilka zdjęć i w drogę.  Nie licząc przerwy na toaletę i papierosa zmierzamy prosto w rodzinne strony Hrou. Po gorącym powitaniu i obowiązkowej herbacie stryj pokazuje nam swoje gospodarstwo, zaczyna od krowy i cielaka, ma też kilka kur, dwa osiołki i około 30 królików, część naprawdę malutkich. Dziewczyny robią sobie z nimi zdjęcia, jak się później okaże, brzemienne w skutkach. Potem wielkie przymierzanie szat berberyjskich i  biżuterii. Wreszcie obiecana przejażdżka osłem przez wieś i oazę. Z bliska oglądamy trud ale i biedę przeciętnego Marokańczyka. O ile w mieście, szczególnie tym o znaczeniu turystycznym życie jest z roku na rok łatwiejsze i zbliżone do europejskiego o tyle wieś to zupełnie inna bajka. Tutaj można zobaczyć ile pracy kosztuje uzyskanie kilku kilo daktyli. Jak trudno w tym suchym klimacie zebrać wystarczającą ilość paszy dla zwierząt, czy też ile zachodu potrzeba, by uzbierać opał do upieczenia chleba. A mimo wszystko ludzie są radośni i uśmiechają się znacznie częściej, niż nasi rolnicy. A nie mają dopłat traktorów, większość prac wykonują ręcznie, a takie pojęcie jak interwencyjny zakup jakiegoś płodu rolnego, to dla nich abstrakcja.  Spacer po oazie to bajka, woda doprowadzana jest z gór. Poletka są miniaturowe, ledwie 2 może 3 ary. Do tego w rogach a często i w środku pola palma albo drzewo oliwne. Uprawia się ciecierzycę, jęczmień, brukiew, warzywa. Oaza to królestwo kobiet, pracują plotkują. Tu, z dala od męskich spojrzeń, uda się czasami którąś z kobiet namówić do fotografowania. Stryjek pozował chętnie, natomiast na fotografię ciotki i kuzynek zgody nie dostałem. Szkoda, ale jak wlazłeś między wrony... Po spacerze otrzymujemy zaproszenie na obiad. Nim przystąpimy do jedzenia odbywa się cały rytuał.   Posiłek jemy w specjalnej Sali jadalnej do której oczywiście wejść można jedynie boso, potem obmywanie rąk, ciepła woda w dzbanku itd. Je się rękami. Dopiero potem ciotka wnosi jedzenie, po podaniu na stół znika w kuchni, kobiety i mężczyźni nie jadają razem. Pierwszym daniem jest kuskus, kasza z mięsem, sosem i dużą ilością warzyw. Potem na stół trafiają małe grillowane zwierzątka, króliki, te same które parę godzin wcześniej, moje dziewczyny nosiły na rękach i z którymi się fotografowały. Oczywiście nie będą królików jadły. Mnie też, jakość nie przejdą przez usta. Z rozsądku i by nie obrazić gospodarzy zmuszam się by spróbować. Mięso jest bardzo kruche, aromatyczne, czuć dobrze dobrane przyprawy. Niestety różnica cywilizacyjna nie pozwala mi zjeść więcej, na co dzień po prostu nie łącze wędliny leżącej na talerzu z żywym, odczuwającym zwierzęciem. Mięso jest ze sklepu, a nie ze świni czy kurczaka. Na deser podano wybór owoców. Czas nas nagli, więc ostatnie wspólne zdjęcia i ruszamy w stronę Sahary. Do przejechania jeszcze blisko 200 kilometrów, a zależy nam żeby być minimum godzinę przed zachodem słońca. Ruszamy w stronę Risani, to już naprawdę blisko Sahary. Coraz mniej tu ludzi, krajobraz pustoszeje, staje się monotonny. Po godzinie jazdy mijamy znak „Uwaga Wielbłądy" nie dziwi więc, kiedy po przejechaniu kilku kilometrów, trafiamy na spore stado przechodzące przez drogę i pasące się na resztce roślinności. Robię kilka zdjęć i dalej w drogę. Po dwóch godzinach jazdy nie wytrzymuję i wymusza 10 minutową przerwę na papierosa. Pobocze drogi jest już zasypane piaskiem. Do wydm czyli do Erg Szebbi jeszcze spory kawałek ale piach jest już wszędzie.  Na poboczach stoją handlarze pamiątkami, głównie skamielinami. Jeszcze 3 lata temu byli to dumni nomadowie, właściciele sporych stad. Jednak ostatnie 5 lat nie spadła tu kropla wody, studnie wyschły. Pasterze sprzedali stada, pieniądze przejedli i dziś koczują w namiotach przy drodze i sprzedają pamiątki. Ten rok jest dobry, pada. Co z tego, kiedy pieniędzy na odbudowę stad zostały wydane. Podobno, król obiecał im pomóc. Problem dotyczy kilkudziesięciu tysięcy rodzin. Powoli zbliżamy się do Erfoud. Miasto leży w żyznej dolinie Ziz. Jest jej centrum administracyjnym. Całą dolina to jeden wielki gaj palmowy. I wąski pas ziemi użytkowanej przez człowiek. Na zachód od niej ciągną się pustkowia Marriha na wschód piachy Sahary. Jeszcze 50 kilometrów i jesteśmy w Merzougdze. Już z daleka widzimy wysokie na 150, a miejscami nawet na 180 metrów ruchome wydmy. Słonce jeszcze wysoko, piach błyszczy złotem. Hotel jest usytuowany 150 metrów od granicy piachu. Nawet nie wyjmujemy bagażu z auta, będziemy mogli zrobić to po zmroku. Prosto ruszamy na podbój pustyni. Mamy do pokonania 500 metrów po piachu i przewyższenie około 150 metrów. Idzie się piekielnie ciężko. Piach jest drobny jak mąka, każdy krok powoduje zapadanie się po kostki, czasami po kolana. Po 30 minutach wraz z obniżeniem się słońca pustynia ciemnieje, piach staje się pomarańczowy, potem niemalże czerwony. 2 karty pęcznieją od zdjęć. Na szczęście, podczas wizyty u rodziny Hrou, podłączyłem baterie do ładowania. Zachód słońca, choć spektakularny trwa jedynie 2 może 3 minuty. Nie są to zachody, znane nam choć by z bałtyckich plaż, kiedy 30 minut możemy patrzeć, jak powoli słonce tonie morzu. Tu dzieje się to bardzo szybko. Kiedy słoneczko zaszło w ciągu paru sekund zrobiło się chłodno. Szybkim krokiem wracamy do hotelu. Nomad Palace, bo tak nazywa się nasz nocleg podobnie jak wszystkie wybrane dla nas hotele jest klimatyczny, czysty i zadbany. Pokój stylizowany na namiot nomadów ma wspaniały klimat. Jest też oczywiście zarówno klimatyzacja jak i ogrzewanie. Noc naprawdę robi się chłodna. Idziemy na kolację, dziś wiemy, że to jedna z dwóch najbardziej klimatycznych kolacji podczas pobytu. Prócz nas w zamieszkuje tu tylko jedna 75 letnia amerykanka, przy czym ona jest tutaj od 7 miesięcy, pracuje nad książką i pali kif czyli marokańską marihuanę wraz z obsługą. Po chwili,  na stole lądują szaszłyki drobiowe, sałatki, frytki i pieczone klopsy wołowe w jajkach. Palce lizać. Restauracja świeci pustkami, obsługa nie jest zmęczona więc dla zabawy i radości chyba bardziej własnej niż naszej zaczynają koncert na bębnach. Uszy stają dęba, melodyczne i rytmiczne szaleństwa do tego śpiew typowy raczej dla Czarnej Afryki. Jesteśmy oczarowani. Jak się dowiadujemy od kierowcy,  chłopaki są po paru kieliszkach wina i sporej ilości zioła, więc zabawa się rozkręca, mogę fotografować do woli. Po chwili zaczynają się dziwne anegdoty, głownie o uczestnikach starego rajdu Dakar który przed przeprowadzką do Argentyny przebiegał właśnie przez sąsiednie wydmy. Podobno Colin McRee często po kif do kuchni zaglądał. Dochodzi 24. Czas spać. Pobudka o 5.30, spacer na wydmy i fotografowanie wschodu słońca.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Blurppp - Zapiski z pustyni

DSC 0248

Zapraszamy również do odwiedzin na blogu Irka

Sporo tam o podróżach, ale przeczytacie tam także o ksiażkach, fotografi i winie

Odwiedżcie koniecznie. 

http://www.blurppp.com/blog

Kontakt

Najprostszą metodą kontaktu z nami jest poprostu napisać maila 

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Zawsze odpowiadamy.