Relacje Galerie oficjalne Galerie prywatne Blog

 

Dzień drugi - Marrakesz

Czas w Maroku jest o godzinę spóźniony wobec naszych zegarów biologicznych. Czyli jeżeli my wstajemy o siódmej, to na zegarkach dopiero szósta, za oknem ciemno. Na śniadaniu jesteśmy o 6.30, kuchnia dopiero się budzi. Śniadanie lekkie, kawa słodka bułeczka, bułeczka z czekoladą i miseczka dżemu. Oczywiście też szklanka świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego. Przed ósmą wyruszamy na zwiedzanie Marrakeszu. Po drodze do centrum krótki spacer przez Cyber Park. Miejsce pięknie i pokazujące jak łączyć nowe z tradycją. Kioski internetowe pośród drzew pomarańczowych, cudne kwiaty, wspaniałe fotografie, bardzo miły początek dnia pełen różnych doznań estetycznych. Następnie idziemy w stronę centrum.  Tym razem zaczynamy nie od Jema el-Fna, a od dolnej medyny. Górną poznaliśmy 2 lata temu. Pierwsze kroki kierujemy w stronę kazby czyli twierdzy, na jej terenie znajduje się jeden z ukrytych cudów, groby Saadytów. To ukryty tuż za meczetem mauzoleum stanowi jeden z najpiękniejszych przejawów sztuki zdobniczej islamu, porównywalny jedynie z Medersą ben Jusufa i niektórymi cudami Grenady. Dzięki swojemu położeniu, groby naprawdę trudno znaleźć, przetrwały one do naszych czasów w nienaruszonym stanie. Ponownie zostały odnalezione w 1917 roku kiedy jeden z francuskich generałów wypatrzył to miejsce podczas lotu samolotem ( samoloty chyba latały całkiem nisko ). Od tego czasu trwa do dziś renowacja tego dziwnego cmentarza, który swoją atmosferą przypomina zapomniany cichy zakątek, a zdziczałe drzewa porastające plac za meczetem, dają złudzenie przebywania w tajemniczym ogrodzie.  Spotyka nas tam miła przygoda, rozmawiamy oczywiście po polsku , w pewnym momencie ktoś mówi do nas „dzień dobry". Okazuje się, że to Australijczyk o polskich korzeniach który ostatnie 3 miesiące spędził w Krakowie, naszym Krakowie i odrobinę mówi po polsku. Ucinamy sobie przyjemną piętnasto minutową  pogawędkę o naszym Krakowie. Następnie poprzez uliczki kazby kierujemy się w stronę starego pałacu. Słynie on z olbrzymiej ilości bocianich gniazd. Ponad połowa z nich na lato wraca do Polski. Te piękne ptaki podobnie jaku nas mają opinie przynoszących szczęście, dzięki czemu mogą gniazdować,  gdzie tylko mają ochotę. Następnym celem naszego zwiedzania jest Mellah czyli mieszanka a wiec miejsce zamieszkiwane przez Żydów. Nie wiele osób wie , że do 1939 roku Maroko było drugim po Polsce miejscem z największa liczbą Żydów. Mellah podzieliło los krakowskiego Kazimierza. Po Żydach zostały tylko opuszczone synagogi i wspomnienia oraz ten magiczny zapach przeszłości unoszący się ponad nami. Ulice Mellah, kiedyś kwitnącej a dziś podupadłej dzielnicy pełne są żebraków. Na szczęście islam nakazuje jałmużnę, więc prawie każdy im coś wrzuci. Opuszczając Mellah mijamy pałac Bahia, widzieliśmy go ostatnim razem i powoli zmierzamy w stronę słynnych souków. Po drodze krótki postój w małej knajpce na harrirę i herbatę. Potem zagłębiamy się w labirynt stoisk. Niebawem trafiamy na stoiska z oliwkami, szybko kupujemy kilogram, wielkich zielonych z pestkami. Są przepyszne, żadna oliwka, ze słoika czy puszki, nie ma tego smaku. Chrupiąc przemierzamy targ odzieżowy, kowali, kaletników, pachnące stoiska z przyprawami.  Po woli zaczynamy odczuwać zmęczenie. Zapach przypraw wywołuje głód. Spacer kończymy na Jema. Stoiska restauracyjne jeszcze nie rozłożone. Narożna restauracyjka z to wygląda przyjemnie. Zamawiamy po raz kolejny harrirę dla Oli i tażiny dla nas. Agnieszka bierze z kurczakiem, ja z wołowiną. Po posiłku zrobiliśmy się leniwi i nie mamy już chęci na dalszy spacer, przeszliśmy pewnie ponad 10 kilometrów.  Taras Glaciale Cafe wydaje się być pusty. Zamawiamy kawę i siadamy przy samych barierkach. Mamy wspaniały widok na cuda, które dzieją się pod nami. Hipnotyzerzy węży, tancerze z Mali,  treserzy małp, opowiadacze historii. Dwie godziny mija jak z bicza strzelił. Musimy wracać do hotelu, o 20.00 mamy spotkanie z Hrou. Jesteśmy zmęczenie, szybko zgrywam karty z aparatu na laptopa i przygotowujemy się do spotkania. Hrou dostaje od nas album o Polsce po francusku, zna ten język w stopniu o jakim ja mogę marzyć, by znać jakikolwiek język obcy. Gawędzimy, dowiadujemy się, że został ojcem trzeciego dziecka, syna. Ustalamy wstępny plan na kolejne dni. Jutro ruszamy o 7.30. Nie wracamy już więc na Jema jak było planowane, po prawdzie nie mamy na siły. Na kolację w hotelu, Ola zjada 3 harrirę tego dnia. O 22.00 jesteśmy w łóżkach.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Blurppp - Zapiski z pustyni

DSC 0248

Zapraszamy również do odwiedzin na blogu Irka

Sporo tam o podróżach, ale przeczytacie tam także o ksiażkach, fotografi i winie

Odwiedżcie koniecznie. 

http://www.blurppp.com/blog

Kontakt

Najprostszą metodą kontaktu z nami jest poprostu napisać maila 

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Zawsze odpowiadamy.