Wino i destylaty

Winopisanie AD 2019 – jest źle

Napisał Blurppp

Na żyznym podłożu nawet słabe nasiono wyrośnie i da obfity plon. Zaś na skale nawet najsilniejsze z nasion w najlepszym wypadku da roślinę skarlałą, częściej zaś obumrze i nie pozostanie po nim nic. Polski rynek dla winnego influencingu okazał się skałą. Mimo wydawać by się mogło zdrowych i pełnych werwy nasion pozwolił wyrosnąć co najwyżej bytom słabym i skarlałym. I to bez względu na to jaką metodę przetrwania wybrały.

Tym razem nie będę tu jechał po twórcach czy mówiąc inaczej polskich winnych influencerach, przecież nie kopie się leżących. A czy tego chcemy czy nie polska scena winnego komunikowania, i to bez względu na jej formę wygląda jeżeli nie żałośnie to przynajmniej słabo. Spójrzmy zresztą sami.  

Periodyki drukowane

Z pozoru wszystko wygląda nieźle. Na rynku funkcjonuje kilka tytułów z różnych półek. Są pozycje adresowane do konsumenta ja ukazujący się pięć razy w roku winno lifestylowy „Ferment”. Jest od jakiegoś czasu funkcjonujący jako miesięcznik „Czas Wina”. Wciąż na stronie „Magazynu Wino” wciąż można kupić prenumeratę tego kwartalnika, ale czy ktoś otrzymał egzemplarz nie wiem. Nikt z moich znajomych nie był zainteresowany zakupem. Zaś sama strona ostatni raz była aktualizowana w marcu minionego roku.

Są też oczywiście pisma branżowe. Niezmiennie ciekawie wyglądają  „Rynki Alkoholowe”, z tym, że to tytuł nie istniejący poza branżą. Podobnie jak „Magazyn Winiarski”. Kto ostatnio miał w ręce papierowe wydanie tego kwartalnika, a może ktoś ma wykupioną prenumeratę. Jest też jakieś poznańskie wydawnictwo funkcjonujące bodajże pod tytułem „Wino”, ale utraciłem z nim kontakt całe miesiące temu.

W takim zestawieniu liczba tytułów robi wrażenie. Jest tylko jedno ale. Tych magazynów nie da się kupić w normalnej dystrybucji. Słowem jeżeli nagle, a może pod wpływem impulsu zapragniecie sięgnąć po któryś z nich to próżne wasze wyprawy do In Medio, Empiku czy innej sieci z szerokim wyborem słowa drukowanego. Nie będzie ich tam. Nie skusi was więc okładka, np. na lotnisku przed lotem, czy podczas przeglądania nowości w którejś z księgarni. Słowem każdy z tych tytułów to takie przekonywanie przekonanego. I fakt dostępności co poniektórych z wymienionych tytułów w sklepach specjalistycznych z winem sytuacji nie poprawia.

A dlaczego tak jest? Odpowiedź jest bardzo prosta, żaden z wymienionych tytułów nie sprzedaje się wystarczająco dobrze by było warto. A to jasny dowód na to jak znikome zainteresowanie budzi wino i winna wiedza.  

Prasa

Nie lepiej jest na poletku prasy codziennej i tygodników opinii. Poza felietonami Roberta Mazurka w „Plus Minus” czyli cotygodniowym weekendowym dodatku do „Rzeczpospolitej” wino nie istnieje. Tymczasem np. w Wielkiej Brytanii prawie każdy z szeroko nakładowych dzienników w swoim sobotnim wydaniu ma tekst na ten temat. Identycznie jest w USA czy w dalekich od wielowiekowych winnych tradycji krajach Skandynawii.

A u nas prawie nic, i tylko nasuwa się pytanie czy to wina redakcji, którym brakuje wizji czy rzeczywisty brak zainteresowania ze strony czytelnika. A może tu też działa słynne diabelskie koło. Reakcje się boja, że nie będzie zainteresowania czytelnika a czytelnik nie ma okazji się w temat wgryźć, bo temat w mediach nie istnieje.    

Blogosfera i portale

Skoro winny przekaz w tradycyjnych mediach prawie nie istnieje, to może trafił do sieci. Przecież mamy ponad 50 aktywnych winnych blogów, mamy kilka portali. Ba jest nawet coroczny konkurs na Blog Roku. I znów wszystko wygląda fajnie tylko z pozoru.

Mam nie odparte wrażenie, że ten fragment winnej komunikacji nie tylko się nie rozwija a wręcz się cofa. Dziś można tylko z sentymentem powspominać zaangażowanie z jakim toczono długie dysputy na Winicjatywie ( wciąż najważniejszym polskim portalu winiarskim). Niestety to dziś już przeszłość. Podobnie jak niestety wyraźny spadek poziomu publikowanych tam tekstów. Te lepsze trafiają do „Fermentu”. Co pewnie dobrze mu służy, a równocześnie powoduje stałe i ciągłe obniżanie lotów samej Winicjatywy.

Jest to oczywiście zrozumiałe, dobre treści trafiają tam, gdzie generują pieniądz. A w polskim winnym zakątku Internetu pieniędzy nie ma i szybko nie będzie, a prawdopodobnie nie będzie ich nigdy. A przynajmniej nie będzie do czasu wzrostu zasięgów i korekty absurdalnego prawa zabraniającego reklamy alkoholi, w tym wina.

I tak doszliśmy do blogosfery, a ta od lat ma przynajmniej dwa poważne problemy. Jeden z nich bardzo jasno zdefiniował Sebastian Bazylak podczas panelu dyskusyjnego na zeszłorocznym Zlocie Blogosfery. Problemem jest to, że blogerzy piszą dla innych blogerów.  Mówiąc inaczej nikomu z nas, sam jestem od 10 lat blogerem, nie udało się wypracować metody komunikacji z ludźmi pijającym wino sporadycznie ale nim zainteresowanych. A to oznacza brak zasięgów. Czy ktokolwiek z polskich winnych influencerów może się pochwalić sześciocyfrową liczba UU miesięcznie?  Sam kręcę się na poziomie 20K UU co oznacza 600-650 odwiedzin dziennie. Więcej pracowników ma polska branża winiarska, i to wielokrotnie więcej. Czyli jednak Towarzystwo Wzajemnej Adoracji.

Sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej, kiedy pod naciskiem branży, wielu blogerów odeszło od win recenzji win szerokodostepnych – pogardliwie nazywanych dyskontowymi. Tym samym dla czytelników blogosfera utraciła największą swoją siłę, element doradztwa konsumenckiego. Moim zdaniem ulegnięcie naciskom było największym błędem środowiska i to brzemiennym w co najmniej dwa skutki.

Pierwszym było kolejne obcięcie i tak miniaturowych zasięgów, drugim i to chyba poważniejszym jeszcze silniejsze rozejście się tego co na blogach z tym co na co dzień trafia do kieliszków czytelników. A mówiąc ostrzej rezygnacja z czytelnika z poza pięciu największych miast. Do tego doprawiona wycięciem sporej części ruchu generowanego przez wyszukiwarki a pochodzącego z zapytań o konkretne etykiety, dostępne w danej chwili w sieciach handlowych.

Oczywiście, można zapytać czy nie demonizuje kwestii zasięgów. Przecież twórca ma tworzyć  dla siebie a nie pod publiczkę. Tyle tylko, że takie myślenie skazuje na napędzanie się pasją. Tymczasem blogowanie na pewnym poziomie wymaga środków, a te mogą pochodzić tylko od reklamodawców a tych interesują właśnie zasięgi. No i zaangażowana społeczność, ale liczniejsza niż 25 osób.               

To tez kto myśli o rozwoju bloga poważnie powinien wrócić do korzeni – czyli do win ogólnodostępnych. Nawet najlepsze pisanie o niszy nie zadziała. Trzeba zacząć pisać dla szerokiego odbiorcy. Szkoda, że nie wiem jak to robić.  

Youtube

Jasne, są tacy co powiedzą, że mizeria polskich blogów to konsekwencja ogólnoświatowego trendu, że blogi są w odwrocie, że na ich miejsce weszły podcasty, filmy i social media. Pewnie coś w tym jest, ale polskie winne influencerstwo w praktyce nie istnieje. Jeżeli największy polski winny kanał na YT, z filmami produkowanymi przez profesjonalną firmę producencką ma 3,7 tysiąca subskrypcji. słowem słabo. Zaś najciekawszy czysto blogerski kanał na dzień dzisiejszy ma imponujące (sic!) 87 subskrypcji i to przy więcej niż dobrym poziomie merytorycznym..Tego nie chce się komentować.      

Social media

Skoro nie blogi i nie YT to może infuencing kwitnie w szeroko rozumianych social mediach. Niestety nie, dwa spektakularne przykładu sukcesu są tu raczej wyjątkiem niż reguła. Jeden z nich to Twitter i Rober Mazurek. Przy czym mam niejasne podejrzenie, ze jego popularność to następstwo popularności odniesionej w mediach tradycyjnych i to na polu zgoła odmiennym niż wino. Drugi zaś to wielka popularność instagramowego konta pewnej urodziwej „Pani od wina”, a w szczególności jej stories. I tu też mam spore wątpliwości czy ów sukces wynika z meteorytyki przekazu czy raczej z zupełnie innych powodów.

To też grupy, strony, fanpage maja po 2k odbiorców i bardzo mała dynamikę wzrostu. Słowem nie ma do kogo mówić. Taka sytuacja to nic innego jak efekt wspomnianego już oderwania twórców od ich odbiorców. Zapomnieliśmy, że czasami najlepiej klika się zdjęcie pary kieliszków na tle zachodzącego słońca.   

Książki

Osobnym tematem jest mizeria na rynku książek enotematycznych. W minionym roku sprawę delikatnie ratowała jedyna godna uwagi czytelników pozycja polskiego autora czyli  „Europa na winnych szlakach. Od winnicy do winnicy” Tomasza Prange-Barczynskiego. I może nowe wydanie „Kursu wina” Kevina Zraly. Po za tym na księgarskiej półce pustki. A wystarczy odwiedzić dowolny zagraniczny sieciowy sklep z książkami by zobaczyć ile ciekawych pozycji ukazuje się w języku angielskim. Ale jak widać, wydawnictwa nie widzą w tej tematyce szansy na sukces. W efekcie potencjalny winomaniak nie ma w oparciu o co poszerzać swojej wiedzy.

Zamiast podsumowania

Te kilka pól funkcjonowania umownie zdefiniowanego „winopisania” pokazują jasno, że jest źle. Głownie dla tego, ze swoim umiłowaniem do wina nie potrafimy zarażać. Nie poszerzamy bazy świadomie pijących wino. Zamiast tego często stawiamy kolejne bariery wejścia. Namawiamy na wina szlachetne, ale drogie. Na interesujące ale trudno dostępne. Piszemy o sommelierskich konkursach i kieliszkach w chorych cenach. Piszemy dla tych którzy już coś wiedzą, zapomnieliśmy o rozpoczynających swoją przygodę. A tych wiedzących o co w winie chodzi jest mało, za mało.  Popatrzcie na uczestników wszelakich degustacji, to wciąż te same powtarzające sie twarze, nowych nie przybywa i to nie tylko na czysto branżowych imprezach.  

Wielu piszących od lat autorów kończy swoją przygodę z pisaniem, a na ich miejsce nie pojawia się całe stado młodych aspirujących autorów. Widać wino wciąż nie jest trendy i nie rozbudza wyobraźni najzdolniejszych autorów. Starzy zaś doszli do etapu, gdzie bez pomocy z zewnątrz, bez dodatkowych środków, bez wyjazdów studyjnych, bez paneli degustacyjnych dalszy rozwój przestaje być możliwym. A na nie przy obecnej sytuacji szans brak. Stad też masowa rejterada najbardziej doświadczonych graczy blogosfery. Samą pasją się żyć nie da.

Jako, że na świeżą krew nie ma co liczyć musimy spróbować ogarnąć to sami. A jedynym wyjściem jest wspomniany już powrót do korzeni, na chwilę trzeba zapomnieć o własnych smakowych aspiracjach i niszowych winach z wyższej półki i zacząć pisać o tym co naprawdę interesuje czytelników o winach z dyskontów. Przypominajmy o tym że warto łączyć jedzenie z winem, podpowiadajmy jak to robić.  Do tego pora zacząć patrzeć na ręce importerów, stanąć w nierównej walce sprzedawca/klient po stronie tego drugiego. Pokazać czytelnikowi że jesteśmy jego głosem. To swoista organiczna praca u podstaw, tylko tak można czynnie włączyć się w rozwój rynku wina w Polsce.

W innym wypadku wszyscy skarlejemy lub obumrzemy jak to nasiono rzucone na skałę. I bez znaczenia jest jak pięknie przez ostatnie lata się rozwinęliśmy, ile nabraliśmy wiedzy i w iluż to ślepych degustacjach odpowiedzieliśmy co znajduje się w kieliszku. Staniemy się bezużyteczni, bo to czytelniczy i ich zaangażowanie daje siłę, a tego nie mamy.

Naszym, polskich influencerów celem powinno być budowanie przyjaznego klimatu wobec wina oraz wymuszanie na innych uczestnikach rynku przyzwoitego zachowania typowego dla rynków bardziej stabilnych i większych. Słowem sprawmy by wino stało się egalitarne. Zawalczmy, zamieńmy skałę w żyzne podłoże.   

O autorze

Blurppp

Irek "blurppp" Wis - miłośnik opowieści ukrytych pomiędzy okładkami albo na dnie butelki z winem. Kiedy mogę i mam za co podróżuje. Od urodzenia jestem dyslektykiem.
Mieszkam, pracuję i pisze w Krakowie, ale sądząc po temperamencie i zamiłowaniu do tamtejszego stylu życia i kuchni powinienem przeprowadzić się na północne wybrzeże Morza Śródziemnego.
Zawsze możesz do mnie napisać na blurppp@interia.pl