Wino i destylaty

Wino które Aldo, kelner z Cagliarii, mi zaserwował

Napisał Blurppp

„W czasie deszczu dzieci się nuda, to powszechnie znana rzecz”. Słowa tej piosenki zna każdy rodzic i nawet nie próbuje wchodzić z jej treścią w polemikę. Ale w deszcz nudzą się nie tylko dzieci. Doświadczyłem tego osobiście i to wielokrotnie, w tym podczas ostatniego króciutkiego wyjazdu do Cagliari. Choć wszystkie prognozy mówiły, ze grudzień tam zwykle jest ciepły i suchy. A nie raz wręcz słoneczny. Tymczasem mnie w udziale przypadł jeden z tych rzadkich ponoć dni gdy leje. Nie było wyjścia, trzeba było przetrwać w knajpach. I tak poznałem sardyńskich kelnerów spojrzenie na wino.

Łatwo nie było, gdyż pierwszym co trzeba zaakceptować we Włoszech, szczególnie tych południowych, to bardzo specyficzne godziny funkcjonowania tamtejszej gastronomi. Większość knajpek, i to bez znaczenia czy chodzi o kawiarnie, pizzerie, cukiernie, tawernę, bar przekąskowy czy elegancką restaurację z białymi obrusami funkcjonuje właściwie tak samo. Otwierają się rano, około 7:00 i do 10:00 można tam wypić kawę, sok zjeść śniadanie na słodko albo kanapkę. I warto to zrobić, bo o ile po dziesiątej wciąż będzie szansa na kawę to do 13:00  piece zostaną wygaszone.

Druga fala przypada na godziny od trzynastej do piętnastej. W porze lanczu wszystko jest otwarte, wszędzie można zjeść i to najczęściej w promocyjnej lunchowej cenie. Trzeba się jednak spieszyć, bo o 13:15 w wielu lokalach nie znajdziecie już wolnego stolika. Tak przynajmniej jest w Cagliarii. Mam nie odparte wrażenie, że 80% dorosłych mieszkańców miasta obiady jada na mieście. Przynajmniej tych pracujących.

To też przy odrobinie szczęścia podczas lunchu zobaczycie obrazki, które u polskich specjalistów od BHP czy stróżów prawa mogły by wywołać palpitację serca. Ot choćby radosną sześcioosobowa grupę budowlańców, dopiero co zeszłych z wysokiego na trzy piętra rusztowania. Chłopaki zamówili na lunch 6 średniej wielkości pizz i 3 standardowe butelki wina. Słowem butelka na dwóch. Po zjedzeniu, i oczywiście wypiciu wina, i to z plastikowych kubków i z resztą jak niżej podpisany, zapalili po całym po czym dzielnie wrócili do prac na wysokości.

Innego dnia zaś miałem okazję zobaczyć dwoje taksówkarzy wspólnie opróżniających towarzysząca makaronowi butelkę wina. Po czym znów zapalili po całym, Sardyńczycy palą niczym Polacy w latach osiemdziesiątych po półtorej paczki dziennie, i każdy wrócił do swojego auta by kontynuować prace. I nie, nie przeszkadza mi tak liberalne podejście do alkoholu, raczej mnie zaskakuje i dziwi. U nas z alkoholu zrobiono zło wcielone, a tam nie. Inna kultura, inna tradycja.

Wróćmy jednak do knajpianego rozkładu dnia. Od piętnastej do siedemnastej przy wielkim szczęściu uda wam się wypić kieliszek wina, kawę albo zjeść kanapkę, względnie coś słodkiego. Na nic więcej nie liczcie. Po piątej po południu ponownie do życia budzą się kawiarnie i bary, ale na jedzenie nie liczcie aż do dziewiętnastej. To wtedy ruszają restauracje. Znikają promocyjne zestawy lunchowe, za to pojawiają promocyjne ceny na drinki. Króluje podawany w wielkich puchatych balonach Aperol Spritzer. Bez problemu zamawiając coś z menu kolacyjnego dostaniecie go za 3 euro. I młodzi zamawiają go znacznie chętniej niż kieliszek wina. I to chyba nie tylko z tego powodu, że za lepsze wino trzeba zapłacić 4-8 euro. Zwyczajnie świat się zmienia, i dla dzisiejszych dwudziestolatków wino to symbol świata ich rodziców, a tym samym symbol obciachu.

Na szczęście nie oznacza to, że na Sardynii zanika kultura wina. Nie jest go wciąż wile i przy odrobinie szczęścia, można je poznać bez opuszczania Cagliarii. Wystarczy odwiedzić kilka z niezliczonej ilości winebarów i posłuchać opowieści kelnerów. I tak spędzić deszczowe popołudnie. Dziś pierwsza butelka i pierwsza opowieść.

Ex Tipografia

Odwiedzając Cagliarii nie da się na nich nie trafić. Ulokowani w samym centrum, przy Largo Carlo Felice – głównym „spacerniku” miasta i to w miejscu gdzie właściwie się już na Piazza Yenne – nieformalnym centrum miasta. A przy tym miejscu spotkań i centrum życia towarzyskiego. Reklamują się jako restauracja i miejsce idealne na śniadanie. De facto są barem, przekąskowym z rewelacyjną kartą win na kieliszki, zmienianą co dwa trzy dni.

Odpowiada za to Aldo, jeden z kelnerów, młody chłopak zakochany w winie. Podczas krótkiej rozmowy pokazał mi zdjęcia z pewnie 2o wypraw do winnic na całej wyspie, ze szkoleń, z kursów. Marzy o WSET, ale na wyspie nie ma ośrodka szkoleniowego. O winach z Sardynii wie wszystko i co na południu Włoch nie częste mówi świetnie po angielsku. Zdecydowanie warto odwiedzić Ex Tipografia, choćby po to by pogadać z Aldo.  

Cantina di Mogoro Tiernu Bovale DOC Campidano di Terralba 2018

Tam jak we wszystkich miejscach poprosiłem o lokalne wino. Zaznaczyłem, że mam mgliste pojęcie o winach z wyspy i żeby dał mi coś ciekawego. Gdzieś, mniej lub bardziej świadomie spodziewałem się kolejnej ekspresji cannonau. To też zaskoczenie było całkowite kiedy dostałem kieliszek wypełniony Cantina di Mogoro Tiernu Bovale DOC Campidano di Terralba 2018.  Wina powstałego z najbardziej sardyńskiej z sardyńskich odmian.

Bovale, choć na świecie jest szerzej znany jako carignan, pochodzi podobno właśnie z Sardynii. Tym co jest pewnym to jego genetyczne powiązanie z dziką winoroślą jaka do dziś można znaleźć we wciąż dzikich sardyńskich lasach. Według niektórych, już 4 tysiące lat przed Chrystusem, miejscowe ludy udomowiły te dziki krzewy i rozpoczęły produkcje z niej wina. Tym co jest pewne to potwierdzona w dawnych czternastowiecznych archiwach uprawa tego szczepu. Zaś w czasach okupacji aragońsko-hiszpańskiej (1323 – 1714) bovale było powszechnie uprawiane na Sardynii. I tak pozostało do dziś. I o ile Sardyńczycy twierdzą że hiszpańskie nasadzenia carignan to efekt kradzieży sadzonek przez aragońskich kupców, o tyle Hiszpanie twierdzą, ze to Aragończycy przywieźli bovale na Sardynię.

Co do badan genetycznych to wszystko jest jeszcze bardziej zamieszane, bo bovale sa dwa. Jeden to bovale sardo a drugi to bovale grande i ten drugi to graciano. Ale to opowieść na inną butelkę.

Teraz do apelacji. DOC Campidano di Terralba to region na zachodnim brzegu wyspy, położony właściwie na środku wyspy w linii północ południe. To tam bovale ma najlepsze siedliska, i to tam powstają najlepsze wina z tego szczepu. To też nie może dziwić, ze zgodnie z prawem powołanej w 1976 roku apelacji  powstające tam wina musza mieć nie mniej niż 85% zawartości właśnie bovale.

A jak prezentuje się samo wino. Jest ciemno czerwone, a przy tym delikatnie transparentne. Pachnie malinami, dojrzałymi truskawkami, poziomkami, ale obecne są też tony świeżych i suszonych ziół i delikatne nuty kwiatowe. W ustach miękkie (Tiernu w dialekcie sardo znaczy właśnie miękki), o wyraźnej owocowości, świeżej kwasowości i bardzo delikatnych wygładzonych garbnikach. Wino ma czysto owocowy charakter, choć nie powstało całkowicie bez kontaktu z drewnem – 30% wina dojrzewało przez 3 miesiące w dużych beczkach, to właściwie tego nie czuć.

Wino świetnie nadaje się nie tylko na deszczowe popołudnia. Jak by je lekko schłodzić, tak do 14 stopni to sprawdzi się nawet w gorące dni. Gastronomicznie świetnie pasuje do pasty z pomidorowymi i paprykowymi sosami, do pizzy i do suszonych wędlin. Zdecydowanie warte uwagi. Za kieliszek zapłaciłem 5 euro. Opowieść była gratis.

Na kolejna opowieść kelnerów z Cagliari zapraszam za 2 tygodnie, a za tydzień wrócę z winami próbowanymi na EnoExpo.

Na Sardynie podróżowałem i degustowałem na koszt własny.   

O autorze

Blurppp

Irek "blurppp" Wis - miłośnik opowieści ukrytych pomiędzy okładkami albo na dnie butelki z winem. Kiedy mogę i mam za co podróżuje. Od urodzenia jestem dyslektykiem.
Mieszkam, pracuję i pisze w Krakowie, ale sądząc po temperamencie i zamiłowaniu do tamtejszego stylu życia i kuchni powinienem przeprowadzić się na północne wybrzeże Morza Śródziemnego.
Zawsze możesz do mnie napisać na blurppp@interia.pl