Podróże

Szwędając się po Marakeszu

Zacznę od obiecanego końca dnia wczorajszego. Prosto po kolacji- która smakowała tylko mnie, bo był to stek wołowy, a dziewczyny wołowiny nie jadają – poszliśmy na Jema elFna. Na początek poszedł duży kubek soku i oczywiście ślimaki. Ola miała zjeść kilka, jednak nie zjadła. Powiedziała, że ślimaki pokazują do niej rogi i proszą by dała im spokój. Po ślimakach i spacerze nadszedł czas na coś solidniejszego. Ja byłem najedzony, dziewczyny za to zjadły po misce typowo marokanskiej zupy z pomidorów i grochu czyli harriry. Ja za nią nie przepadam, dziewczyny zaś ją uwielbiają. Kosztowała 3 dirhamy czyli około złotówki za miskę. Około 23 wróciliśmy ledwie żywi do hotelu i padliśmy bez sił ,był to dlugi i meczący dzień.

Właściwie cały dzisiejszy dzień można określić jednym zdaniem.Szwendaliśmy się po soukach, zaułkach i uliczkach Marakeszu. Ponieważ nie była to pierwsza nasza wizyta w tym mieście z ważnych obiektów historycznych odwiedziliśmy jedynie Grobowce Sadytów 😉 To urocze cmentarzysko, a przede wszystkim trzy mauzolea stanowią jeden z najwspanialszych przykładów sztuki dekoracyjnej islamu. Zachwycają do dziś. Bardzo łatwo zapomnieć, że znajdujemy sie na cmentarzu. Podczas fotografowania zdarzyła nam się mila przygoda. W  pewnym monecie ktoś zaczął odżywać si do nas łamaną polszczyzną. Okazało sie, że to młody Australijczyk o polskich korzeniach. W zeszłym roku spędził miesiąc w Krakowie. Bardzo miło wspomina nasze miasto. Byliśmy też w dzielnicy żydowskiej, która podzieliła losy Kazimierza. Kiedyś zamieszkana przez 20 000 Żydów stanowiła miasto w mieście, dziś Żydow pozostało 200 a Mellah straciło swoja odmienność, stając się kolejna częścią berberyjskiego Marakeszu. Kolejne dwie godziny spędziliśmy obchodząc do okola Pałac Królewski. Zamieszkuje w nim sporo naszych rodaków – bocianów. Tu również cieszą się one sympatia i maja opinie ptaków przynoszących szczęście. Na murach okalających pałac jest kilka gniazd. jedno jest ponoć nawet nad sypialnią królewską
Długi spacer wzmógł w nas głód, tym bardziej, że śniadanie było lekkie, w iście marokanskim stylu czyli słodkie bułeczki, dżem pomarańczowy i kawa. Na obiadek zjedliśmy to co najbardziej typowe dla Maroka czyli tażin. To mięso duszone z warzywami w specjalnym naczyniu o lejkowatej pokrywie. Często nieodłącznym składnikiem dania są kiszone cytryny na słono. Ja lubie z wołowina, dziewczyny jadają z kurczakiem. Tajemnicą są oczywiście przyprawy. Ilu kucharzy tyle kompozycji i smaków.
Ponieważ Agnieszka wyjadła mi wszystkie oliwki z dania, tuz po obiedzie udaliśmy się na souk warzywny i kupiliśmy woreczek oliwek. Te ze słoika, dostępne w marketach mają zupełnie inny smak. Są o wiele smaczniejsze. Medyna to labirynt uliczek. Z bolącymi nogami zasiedliśmy na taracie Cafe de Glacial i blisko dwie godziny podziwialiśmy spektakl jakim jest Jema elFna. jest tam wszystko, małpy wężę, tancerze, żebracy. To po prostu trzeba zobaczyć. Po kawie zachciało nam się znowu soku z pomarańczy, wypiliśmy po kubeczku i wróciliśmy do hotelu. Za kilka minut mamy spotkanie z przewodnikiem i dowiemy sie o szczegółach na najbliższe 8 dni. Ale o tym już jutro.

Na koniec jedno spostrzeżenie. Kraków jest dumny, że centrum pokryte jest w 50 % zasięgiem WIFi. Centrum Marakeszu jest pokryte w 100% w tym parki. Zwiedziliśmy jeden z nich. Prócz zasięgu WiFi stoją tam kioski internetowe, zupełnie bezplatne z których korzysta sporo młodych i nie tylko młodych ludzi.

O autorze

Blurppp

Irek "blurppp" Wis - miłośnik opowieści ukrytych pomiędzy okładkami albo na dnie butelki z winem. Kiedy mogę i mam za co podróżuje. Od urodzenia jestem dyslektykiem.
Mieszkam, pracuję i pisze w Krakowie, ale sądząc po temperamencie i zamiłowaniu do tamtejszego stylu życia i kuchni powinienem przeprowadzić się na północne wybrzeże Morza Śródziemnego.
Zawsze możesz do mnie napisać na blurppp@interia.pl