Wino i destylaty

Milesti Mici – podziemne królestwo Bachusa

Milesti Mici
Milesti Mici
Napisał Blurppp
Milesti Mici

Milesti Mici

Jednym z powodów dla których na naszej wakacyjnej mapie znalazła się Mołdowa była rosnąca we mnie od lat chęć zwiedzenia jednej z najbardziej spektakularnych, a z pewnością największej winnej piwnica świata czyli Milestii Mici. Sporo o niej słyszałem, o legendarnych korytarzach pełnych beczek, o fontannach w których rzekomo leje się wino, w jednej białe a w drugiej czerwone, o tysiącach beczek stojących w równych rzędach i milionach butelek leżących w specjalnych niszach. Trzeba było te legendy skonfrontować z rzeczywistością.

Samo załatwienie wizyty okazało się znacznie trudniejsze niż sądziłem, kompleks jest zamknięty w niedzielę co mocno pokrzyżowało moje plany. Zresztą to niedzielne zamknięcie to nie tylko przypadłość Milesti Mici, identycznie jest w wypadku drugiego pod względem rozmiaru i prestiżu mołdawskiego zespołu piwnic czyli Cricovej. Po drugie wstęp jest tam relatywnie drogi i kosztuje 200 lei za osobę. Jeżeli ma temu towarzyszyć degustacja trzech podstawowych stołowych win serwowanych z beczki to 250 lei. Jeżeli zażyczyłybyśmy sobie wino ze średniej półki, powiedzmy 7 kieliszków i lekki obiad to cena rośnie do 3200 lei czyli 200 euro od osoby. To bardzo drogo, szczególnie w kraju, gdzie dobra kolacja zjedzona w porządnej restauracji w samym centrum Kiszyniowa, niech to będzie, powiedzmy szaszłyk barani z frytkami i sałatkami wsparta litrową karafką przyzwoitego wina kosztuje 250 lei. Zaś 200 euro to dobra pensja. W takiej sytuacji nie może dziwić fakt, że miejsce jest odwiedzane tylko przez obcokrajowców, a poza agencjami turystycznymi i personelem hoteli o Milesti Mici słyszało nie wielu. Dla przykładu, żaden z zapytanych przez nas kelnerów, a pytaliśmy chyba w 6 miejscach nie miał o tych piwnicach pojęcia. Szkoda, bo Milesti Mici to przecież jedna z wizytówek Mołdawii.

To podziemne królestwo Bachusa swoje narodziny zawdzięcza sowieckiemu boomowi budowlanemu. W latach sześćdziesiątych zauważono, że mołdawskie wzgórza, zbudowane z miękkiego wapienia, który łatwo da się wypalać i uzyskiwać z niego wapno i inne materiały budowlane, wkrótce rozpoczęto pozyskiwanie metodami górniczymi dużych ilości surowca. Tak powstało około 200 kilometrów podziemnych korytarzy oferujących stałą temperaturę i wilgotność. Czy 200 km działalności górniczej to dużo? Wbrew pozorom nie, podkrakowska Wieliczka ma ich blisko trzysta. Ale nie o korytarze i szkody górnicze tu chodzi. Gdzieś około 1968 roku ktoś zauważył, że miejscowi od lat w okolicznych jaskiniach trzymali beczki z winem i tak w głowach centralnych planistów powstał typowy dla radzieckiej gigantomanii pomysł stworzenia centralnej sowieckiej dojrzewalni win. W kompleksie zamontowano tysiące beczek z kaspijskiego oraz uralskiego dębu. Jeżeli wyobraźnia podpowiada wam beczki o pojemności 220 litrów jakie znacie z reklam to się mylicie. Tu chodzi o olbrzymy o pojemności powyżej dwóch tysięcy litrów. Wszystkie jajowate w przekroju by specjalnie wybierane, bardzo szczupłe dziewczyny mogły do nich wejść i myć je od środka samemu będąc w pozycji stojącej. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku dodatkowo powstały zbiorniki z betonu po pojemności od 50 tysięcy litrów. Prócz tego przygotowano specjalne nisze, gdzie można przechowywać do 2 milionów butelek.

Do upadku Związku Sowieckiego w kompleksie, podobnie jak w sąsiedniej Cricovej dojrzewało wino z całego obszaru ZSRR oraz z Bułgarii i Rumuni. Od 1992 roku są tam tylko wina Mołdawskie. W roku 2001 rozpoczęto również produkcję własnych win w kilkunastu liniach produktowych, od tych najprostszych stołowych, po dojrzałe, raczej drogie ale bardzo wysokiej jakości wina z tak zwanej linii kolekcjonerskiej. Obecnie MIlesti Mici to także ponad 100 hektarów winogradów i nowoczesne zaplecze produkcyjne. Wszystko wciąż należy do państwa.

Tyle historii a co tam czeka na odwiedzającego, jednak najpierw trzeba tam dojechać. Piwnice są we wsi o tej samej nazwie, położonej około 20 kilometrów od Kiszyniowa, wizyta musi być zgłoszona z co najmniej dwudniowym wyprzedzeniem, można o to poprosić kogoś w hotelowej recepcji albo w dowolnym biurze informacji turystycznej. Zosie-Samosie powiedzą a czemu nie samemu poprzez mail. Już odpowiadam, mnie odpowiedziano po 7 dniach kiedy byłem już dawno po wizycie a do tego całkiem daleko od Kiszyniowa. Z kolei jak wysłałem maila tydzień przed przyjazdem to mówiono mi, że nie przyjmują zgłoszeń wizyt z takim wyprzedzeniem. Jak widać duch socjalistycznego podejścia ciągle żywy.

Prócz potwierdzonego terminu trzeba mieć jeszcze samochód, ci którzy do Kiszyniowa przylecieli lub przyjechali pociągiem musza skorzystać z taksówki. Z tego powodu karkołomna próba dojechania ze stolicy „marszrutką” czyli kursowym minibusem to nie jest najlepszy pomysł. Na miejscu wynająć samochód czy taksówkę jest w praktyce niemożliwym. A i jeszcze jedno, w aucie musi być jedno wolne miejsce dla przewodnika.

Milesti Mici

Milesti Mici – jak ona tam weszła ?

Kiedy wszystko już załatwione wjeżdżamy do wnętrza góry. Pierwszy przejazd trwa około 5 minut i kończy się postojem przy wewnętrznym wodospadzie. Jest on bardzo ważny bo zapewnia właściwa wilgotność w korytarzach. W jego sąsiedztwie stoją puste beczki, jak określiła to pani przewodnik „stoją i adaptują się do panujących w korytarzach warunków”. Obecnie jedynie 55 kilometrów struktur jest wykorzystanych, kompleks ciągle się powiększa bo miejsca ciągle sporo to i nowe beczki są potrzebne, próbuje wejść do jednej z nich, mieści mi się tylko głowa, za to jedna z pracujących tam dziewczyn bez problemów znika we wnętrzu. My natomiast znikamy w samochodzie i jedziemy dalej. Po drodze wijącej się jak typowy labirynt co chwile mijamy rzędy beczek. Jest ciemno chłodno i wilgotno, kamera nie chce nagrywać, o złapaniem ostrości nie ma co marzyć. Po kolejnych 5 minutach wchodzimy do „Złotej kolekcji”. Tu już nie ma beczek a nisze pełne butelek. Niektóre są trzy letnie a niektóre 30 letnie. Oczywiście nie wolno ich dotykać, o użyciu flesza tez nie ma co marzyć, wyraźnie jest to zabronione. Z trudnością udaje się zrobić kilka rozmazanych zdjęć, statyw został w bagażniku, zresztą idziemy szybko bez postoi na zabawę z wymyślnymi kadrami. Widać, że dla pani przewodnik to rutyna i chce jak najszybciej odwalić co jej kazano. Pytam o ceny win, ilość kamer sugeruje, że tanio nie będzie. Te najstarsze to koszt 2000 euro. Te tańsze to 100, a te dla normalnych miłośników win to są w sklepie a nie w „Złotek Kolekcji”. Jeszcze rzut okiem na winny hotel czyli korytarze wynajęte celem przechowywania własnych kolekcji. O dziwo większość klienteli to nie Rosjanie a Japończycy i mieszkańcy Kraju Środka. Krata i zakaz zbliżania się nie pozwala sprawdzić co jest w tych prywatnych kolekcjach. Legenda głosi , że jeden z korytarzy, oczywiście nieudostępniony zwiedzającym jest wynajmowany na potrzeby zbiorów Putina. Zapytana wprost przewodniczka nie potwierdza i nie zaprzecza. Wracamy do samochodów. Kolejne 5 minut jazdy i dojeżdżamy do sal degustacyjnych. Bizantyjski przepych w socrealistycznej interpretacji, zdecydowanie nie moja estetyka. Siadamy w jednej z nich, dostajemy 3 dzbanki wina jedno białe, jedno czerwone i czerwoną słodycz. Do tego plasterki sera, orzeszki i suszone jabłka. Wina są bezimienne, wiem tylko, że to traminer, merlot i słodki kupaż wzorowany prawdopodobnie na porto. To podstawowe produkty, Ordinary Wines jak określa je przewodniczka czyli około 3 miesięcy dojrzewania w beczce lub w butelce. Wina są poprawne i tyle. Kosztują około 1 euro za butelkę. Spędzamy 10 minut słuchając mołdawskiej muzyki ludowej, w sali obok grupa rosyjskojęzycznych mężczyzn w wieku średnim, o twarzach zaprawionych w bojach aparatczyków bawi się chyba lepiej niż my, są głośni a ich policzki mocno pokraśniały. Patrząc po ilości pustych kieliszków wzięli bogaty program. Nie wiem dlaczego nie dziwi mnie, że naczynie na zlewki do końca pozostaje puste. Wracamy do auta. Po 10 minutach parkujemy przy fontannach. Pani przewodnik dziękuje nam za wizytę a my wreszcie na własne oczy czy raczej usta możemy się przekonać czy w tych fontannach płynie wino czy barwiona woda. Płyn w jednej jest wszak czerwony a w drugiej żółty. Palec najpierw trafia do olbrzymiego kielicha a potem do ust. Woda, niestety, chcesz się napić idź do sklepu. Zakupy robimy z rozwaga, mamy już w bagażniku po kilka butelek na głowę, większość z firmowego sklepu Cricova, ten w niedzielę był otwarty. Limity graniczne są nieubłagane, cztery butelki na głowę, Mołdawia jest poza Wspólnym Rynkiem a o skrupulatności rumuńskich celników krążą mity. Tak czy siak kupiłem kolejnych 8 butelek. Na pytanie żony co się stanie jak znajda to celnicy odpowiedziałem „ Wypiję na granicy, z brzucha mi nie wypompuj”. Co kupiłem i jak smakowało niebawem w notkach degustacyjnych.

Co sądzę o Milesti Mici, teraz z perspektywy miesiąca od wizyty? Że to fajne, choć delikatnie przereklamowane miejsce i że powinno być lepiej zarządzane. Jeżeli jednak los pchnie was w tamte regiony odwiedźcie je koniecznie. Natomiast Milesti Mici jako Cel główny wyjazdu to lekka przesada.

Poniżej galeria kilku zdjęć z piwnic oraz ciemny nieczytelny film z przejazdu.

Do Milesti Mici podróżowałem na koszt własny.

 

 

O autorze

Blurppp

Irek "blurppp" Wis - miłośnik opowieści ukrytych pomiędzy okładkami albo na dnie butelki z winem. Kiedy mogę i mam za co podróżuje. Od urodzenia jestem dyslektykiem.
Mieszkam, pracuję i pisze w Krakowie, ale sądząc po temperamencie i zamiłowaniu do tamtejszego stylu życia i kuchni powinienem przeprowadzić się na północne wybrzeże Morza Śródziemnego.
Zawsze możesz do mnie napisać na blurppp@interia.pl