Wino i destylaty

Kilka refleksji o alkoholu nad kieliszkiem manzanilli uczynionych.

Napisał Blurppp

Patrząc z boku można pewne moje zachowania uznać za irracjonalne. No bo powiedzcie sami, kto otwiera butelkę wytrawnej manzanilli kiedy za oknem śnieg i minus osiem? Przecież to wino aż prosi się o andaluzyjskie słońce, ciepły wiatr i wakacyjny luz. Bo takiego orzeźwienia jakie niesie sherry próżno szukać w innych butelkach. Tymczasem ja otwarłem sobie butelkę Alexandro Manzanilla w połowie stycznia. Wszystko po to by choć na chwilę uciec od zimy.

Lubię wspomnienia, lubię co jakiś czas uciec z tu i teraz i przenieść się, choćby duchem w miejsca gdzie już byłem i gdzie było mi dobrze. Przez całe lata wspomnienia to były obrazy zapisane w głowie. Często podsycane i odświeżane plikiem zdjęć. Później – kiedy, już wkręciłem się w wino – do obrazów doszły smaki i zapachy. Właściwie to zawsze były, ale gdzieś na marginesie, gdzieś z boku, przytłamszone przez obrazy. Dopiero kiedy dostały turbo doładowania pod postacią notki degustacyjnej, tak podróżuję z notesem i zapisuję i opisuję każde wino jakie próbowałem podczas wyjazdu, nabrały mocy zdolnej mierzyć się z obrazami. Do tego wspomnienia zawsze prowadza moje myśli do refleksji o charakterze ogólnym. Taka przypadłość.

Tej zimy, z różnych przyczyn, ucieczka w świat wspomnień to jedyna na jaką mogę sobie pozwolić. I w taki oto sposób moja pamięć, wspierana butelką Alexandro Manzanilla pozwoliła mi powrócić na ulice Kadyksu. Fajnie, że właśnie tam, bo to tam a nie w Jerez de la Frontera czy Sanlucar de Barrameda uległem urokowi sherry. W obu wierzchołkach „złotego trójkąta” sherry jest przede wszystkim atrakcja turystyczną. Każda kawiarnia czy restauracja ma w karcie menu degustacyjne które przeprowadzi nas od fino po PX przez to tajemnicze uniwersum. W każdym punkcie informacji turystycznej znajdziecie informacje o płatnych wycieczkach do „katedr wina”. Wszystko na wysoki połysk i wszystko robione pod publiczkę. Nie ma tego Hiszpanom za złe, każdy chce żyć, wina wzmacniane sprzedają się coraz gorzej a chleb trzeba za coś kupić, no to pozostało  odcinanie kuponów od legendy. Czy w tych miastach są jeszcze prawdziwe bary, do których chodzi na kieliszek fino zagryzionego oliwką wracający z pracy robotnik portowy? Nie wiem, pewnie są, ja nie znalazłem, ale chyba w czasie dwudniowego pobytu ich odkrycie nie było możliwe.

Ulice Kadyksu

Ulice Kadyksu

Tymczasem w Kadyksie, oddalonym od Jerez o jedynie 30 minut jazdy samochodem fino, manzanilla czy oloroso pija się na każdym rogu. Prosto i bez zadęcia, i najczęściej jest to wino lane „z kija”. Mało tego, w większości tych miejsc nie znajdziecie turystów, ci tłoczą się na nabrzeżu, nie dalej niż kilkaset metrów od parkingu dla autokarów.  Sam zagubiłem się w tamtejszych uliczka na kilkanaście godzin, odszedłem dość daleko od najstarszej części miasta i oglądałem codzienność mieszkańców Kadyksu. Oglądałem tych w wieku 40+ wpadających co jakiś czas do knajpek na roku na kieliszek bieli i tych młodszych najczęściej zamawiających, ku mojemu zdziwieniu i rozgoryczeniu, małe piwo. Patrzyłem jak oswojonym jest alkohol, jak pije się go rozsądnie ale i bez poczucia grzechu czy czegoś złego. Widziałem taksówkarzy którzy po przepłukaniu gardła wracali za kierownicę. Widziałem robotników budowlanych spędzających przerwę śniadaniową nad bagietką z tartymi pomidorami, suszona szynką i kieliszkiem fino. Widziałem pracowników banku dla których sjesta była dwugodzinnym obiadem z karafka wina na osobę.

Dziś kiedy to wspominam to z każdym momentem mocniej zastanawiam się dlaczego nam, tu w Polsce, próbuje się wmówić że alkohol to zło. To tak jak by powiedzieć: nóż kuchenny to zło. Przecież właśnie on, nóż kuchenny jest wg statystyk policyjnych najczęstszym narzędziem zbrodni miedzy Bałtykiem a Tatrami. To co, zakazać? Nonsens. Tak samo jak nonsensem jest powracające co jakiś czas stwierdzenie, że alkohol to powód wielu śmiertelnych wypadków na drogach. Czy butelka wina, wódki albo sześciopak piwa siadły za kierownica i spowodowały wypadek? Nie, zawsze zrobił to człowiek, pewnie czasami nawet człowiek po alkoholu czy raczej głupiec po alkoholu. Ktoś, kogo nie nauczono obchodzić się z alkoholem.  W tym kontekście wypada zapytać,

„dlaczego go nie nauczono?”

I tak płynnie przeszliśmy do PARPY, najbardziej szkodliwej państwowej agencji jaka zna współczesna Polska. Tworu, który działa wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew tradycji i kulturze. Tak kulturze, nasza łacińska kultura jest oparta o alkohol, czy komuś to się podoba czy nie. Nie na darmo, łaciński rytuał religijny opiera się o WINO. Nigdzie w naszym kręgu cywilizacyjnym nie udało się wprowadzić prohibicji. A tam gdzie próbowano skończyło się to krwią i chaosem. PARPA chce zatrzymać spożycie alkoholu zamiast nadać mu cywilizowany szlif. Co zresztą od ćwierćwiecza oddolnie dzieje się samo. Kto potrzebuje dowodów niech idzie na dowolne wesele. Jeszcze 30 lat temu w okolicach północy spora część gości traciła kontakt z rzeczywistością, ba na wiejskich weselach przygotowywano pomieszczenia na składanie „denatów”. Dziś spodkach na weselu kogoś kto przeholował to rzadkość.  Jak tego przykładu wam mało, to podam jeszcze jeden. Jeszcze w latach osiemdziesiątych, w mojej rodzinnej Nowej Hucie można było po ilości śpiących na ławkach jasno stwierdzić – to dzień wypłaty. Dziś to się nie zdarza. Pamiętajcie przy tym, że wówczas butelka wódki kosztowała równowartość dniówki (od czego pochodzi słynne stwierdzenie zrobię ci to za flaszkę). Dziś pół basa kosztuje godzinę pracy wykwalifikowanego robotnika. Po prostu zmądrzeliśmy, a PARPA zdaje się tego nie zauważać, mało tego zachowuje się, jak by jej to przeszkadzało. Jasne, nie jest idealnie, pod wszystkimi Alkohol 24 ciągle można spotkać wyrostków i ludzi dojrzałych łojących to czy tamto z  gwinta. Pytanie brzmi jednak nie dlaczego łoją, tylko dlaczego pod sklepem. Już odpowiadam, dlatego, ze żony, matki i ojcowie nie pozwalają im robić tego w domu ( bo alkohol to zło) a knajpy są w porównaniu do sklepów niewiarygodnie drogie, a w niektórych dzielnicach, jak „moja” Nowa Huta nie ma ich w ogóle.  Do tego dochodzi efekt braku umiaru, a ten przecież można przynajmniej próbować pijącym zaszczepić. Jest to dużo łatwiejsze niż nakazać całkowita abstynencję, trzeba tylko chcieć.

PARPA - jedyne co potrafią to zakazywać i straszyć

PARPA – jedyne co potrafią to zakazywać i straszyć

W tym kontekście chcę zapytać co takiego zrobiła PARPA by Polacy z alkoholu korzystali jeszcze mądrzej. Jakie programy edukacyjne przeprowadziła. Jak ktoś zna to niech poda, ja nie znam. Mało tego:

na stronie internetowej PARPA nawet nie ma zakładki edukacja!

Całą strona wygląda jak by była adresowana do ludzi uzależnionych. Niby to jasne przecież mówimy o Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Wobec tego zapytuje czy ta agencja nie powinna zostać zastąpiona przez Państwową Agencję Przeciwdziałania Problemom  Alkoholowym czyli tworem nastawionym na edukowaniem Polaków, z wyraźnym naciskiem na młode pokolenie. Organizacją uczącą jak z alkoholu obchodzić się odpowiedzialnie. Pokazującym, że drink po pracy (co robi prawie cały świat) nie jest alkoholizmem, podobnie jak kieliszek wina do kolacji. Nawet jeżeli kolacja to kanapki czy kiełbasa z wody. Czy ktoś wreszcie zrozumie, że zakazy i podnoszenie ceny są drogą donikąd, jedyne co się w ten sposób osiągnie to potężny szary albo czarny rynek. Cywilizacja łacińska to cywilizacja alkoholu, kijem Wisły nie zawrócą, ale mogą spróbować uregulować jej brzegi czytaj zmienić model konsumpcji. Dziś poprzez likwidacje punktów sprzedaży, w tym świetnych winebarów i sklepów specjalistycznych jak Wine Corner podąża się w stronę dokładnie przeciwną.

Jedyne wyjście to edukacja, okazji jest sporo, choćby studniówki. To tam jest okazja dorosłym, dziewiętnastoletnim uczestnikom pokazać jak kulturalnie i odpowiedzialnie można spędzić wieczór w towarzystwie alkoholu. To oczywiście tylko jeden z przykładów. Takich okazji jest setki. Trzeba tylko poszukać, no i trzeba chcieć. Na razie tej chęci brak!

Alexandro Manzanilla

manzanilla

Takie oto refleksje naszły mnie kiedy sączyłem kieliszek Alexandro Manzanilla zagryzany oliwką. Mimo wszystko humor mi się nie zepsuł. Sherry dało sobie radę nawet z polskimi absurdami. Co zaś do samego wina. Manzanilla czyli sherry produkowane Sanlucar de Barrameda  jest chyba oprócz oloroso winem które zawsze wywołuje u mnie refleksje natury szerszej. To chyba przez te orzechowe nuty, wiadomo orzechy odżywiają mózg. Nie inaczej jest z Alexandro Manzanilla. W barwie jest słomkowe, błyszczące. W nosie dominują tony migdałowe wzbogacone zapachem zielonych oliwek i delikatnym powiewem kwaśnego jabłka. W ustach wytrawne, rześkie, wyraziście wytrawne, lekko słonawe. Owoc jak to w sherry nie jest wybity na pierwszy plan, gdzieś w tle pląta się zapowiadane w nosie jabłko ukryte za gorzkimi migdałami i suszonym łuskanym gorzkawym orzechem włoskim. Pije się to olbrzymią przyjemnością, wino jest świeże, elektryczne i bardzo nieoczywiste. Mnie smakowało, średnia półka sherry.  Oceniam jako dobre plus czyli 4,5.

Kupiłem podczas EnoExpo  na targowym stoisku Dżibi-bis za 45 zł.

O autorze

Blurppp

Irek "blurppp" Wis - miłośnik opowieści ukrytych pomiędzy okładkami albo na dnie butelki z winem. Kiedy mogę i mam za co podróżuje. Od urodzenia jestem dyslektykiem.
Mieszkam, pracuję i pisze w Krakowie, ale sądząc po temperamencie i zamiłowaniu do tamtejszego stylu życia i kuchni powinienem przeprowadzić się na północne wybrzeże Morza Śródziemnego.
Zawsze możesz do mnie napisać na blurppp@interia.pl