Co tam w świecie

Jak władza tuszuje katastrofy nuklearne

Napisał Blurppp

Wszyscy śledzimy wydarzenia związane z zagrożeniem jakie niesie spowodowana trzęsieniem ziemi awaria elektrowni atomowej w Japonii. W tym kontekście, tym bardziej, że często publikowane doniesienia są ze sobą sprzeczne, należy zapytać czy docierającym do nas informacją można wierzyć. Przeanalizowałem kilka historycznych awarii. W każdym przypadku opinia publiczna była wprowadzana w błąd lub wręcz informacje utajniano. Nie kwestionuje bezpieczeństwa technologii atomowych sam fakt, iż 40 letni obiekt wytrzymuje dziewięciostopniowe trzęsienie to już wyczyn. Popatrzmy jednak na katastrofy historyczne i o tym jak na nie reagowano. Awarie zdarzały się zarówno na Wschodzie jak i na Zachodzie. Władza jednak zawsze nabierała wody w usta, czasami posuwała się nawet dalej.

Kysztym

Podróżni przejeżdżający przez syberyjskie miasto Kysztym ze zdumieniem patrzą na wielkie tablice przy drodze, które zalecają zwiększyć prędkość, zamykać okna i pod żadnym pozorem się nie zatrzymywać. Okolice miasta są obecnie najbardziej skażonym obszarem naszego globu. W 1957 roku w fabryce produkującej pluton miała miejsce poważna awaria jądrowa, jej konsekwencję są widoczne są do dziś. Za oddzielającym drogę od pół drutem kolczastym, na silnie napromieniowanej glebie rosną grzyby gigantycznych rozmiarów. W okolicznych jeziorach i rzekach nie wolno łowić ryb, a w miastach w promieniu kilkudziesięciu kilometrów ciężarnym wciąż jeszcze zaleca się aborcję .Przez ponad 20 lat świat nic nie wiedział o tej awarii. Jakiekolwiek ślady istnienia zakładów zatarto we wszystkich sowieckich listach zakładów działających na rzecz atomistyki. Do dziś liczba ofiar wypadku i osób cierpiących na chorobę popromienną nie jest znana, ale nie ulega wątpliwości, że skażenie objęło setki kilometrów i że z zagrożonego obszaru ewakuowano tysiące mieszkańców. Wszelkie doniesienia na temat awarii kysztymskiej są dementowane przez władze rosyjskie. Dopiero badania satelitarne postawiły Rosję przed faktem. Do katastrofy przyznano się dopiero w roku 1997.

Windscale

Pierwsza poważna awaria jądrowa w Wielkiej Brytanii zdarzyła się 10 października 1957 w elektrowni Windscale w angielskiej Cumbrii. Pożar zaprószony podczas rutynowej inspekcji reaktora wymknął się spod kontroli i szalał nieprzerwanie przez 42 godziny. Obsługa elektrowni nie przeszła żadnego szkolenia przeciwpożarowego. Katastrofy na skalę globalną uniknięto tylko dzięki filtrom, które przechwytywały radioaktywne izotopy unoszone do atmosfery przez Opinia publiczna dowiedziała się o awarii dopiero po tym, jak ekipom ratowniczym udało się zdusić pożar. Nie zarządzono ewakuacji mieszkańców okolicznych osad, zaś sprzedaż mleka i płodów rolnych – produktów szczególnie podatnych na zanieczyszczenie promieniotwórcze – wstrzymano dopiero po dwóch dniach. Jednak mimo powagi zagrożenia i rażącej niekompetencji zarządu elektrowni władze Wielkiej Brytanii zdołały przekonać obywateli, że był to jedynie sporadyczny i niegroźny incydent, który nigdy się nie powtórzy.

Przypadek Kerry-McGee

Dyskusja nad zagrożeniami związanymi z przemysłem jądrowym bardzo często ogranicza się do podkreślania negatywnego oddziaływania awarii jądrowych na środowisko i ludzi mieszkających w najbliższym sąsiedztwie elektrowni atomowych. Warto jednak podkreślić, że zakłady wykorzystujące energię nuklearną nie zwracają należytej uwagi na bezpieczeństwo pracowników, którzy na co dzień stykają się z substancjami promieniotwórczymi. Presja ograniczania informacji dotyczących bezpieczeństwa pracowników przemysłu jądrowego jest tak wielka, że kampanią zwalczania „złej prasy” zajmują się nie tylko zarządy zakładów, lecz także najwyższe władze państwowe. Przykładem takiego działania jest przypadek Karen Silkwood, która 27 września 1974 roku zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Silkwood pracowała jako laborantka zakładach jądrowych Kerr-McGee, gdzie wytwarzano rdzenie do eksperymentalnego reaktora. Zaniepokojona niskim poziomem bezpieczeństwa w zakładach, wielokrotnie apelowała o wprowadzenie zaostrzonych przepisów BHP. Zdołała też dotrzeć do danych świadczących o fałszowaniu raportów BHP przez ówczesny zarząd Kerr-McGee Corporation. Gdy dowiedziała się, że sama jest chora na raka, postanowiła podjąć kampanię przeciwko korporacji. Po zgromadzeniu dowodów obciążających zarząd, Karen Silkwood zdecydowała się przekazać je prasie. W drodze na spotkanie z reporterem New York Timesa zginęła w wypadku samochodowym. Po jakimś czasie jednak na światło dzienne wypłynęły dowody świadczące o tym, że Karen padła ofiarą spisku. Koronnym argumentem był fakt, że materiały obciążające zarząd Kerr-McGee znikły z bagażnika samochodu przed przybyciem policji. Na miejscu wypadku obecny był więc ktoś, komu zależało na udaremnieniu ich publikacji. Na karoserii samochodu znaleziono dwa podejrzane wgłębienia. Również długie ślady hamowania na nawierzchni drogi potwierdzały hipotezę, iż kraksa nie była dziełem przypadku. A. O. Pipkin, policyjny ekspert od wypadków drogowych, po zbadaniu śladów orzekł, że „istnieje wystarczająca liczba dowodów na to, że pojazd został uderzony i zepchnięty przez inny samochód”. Podczas procesu wytoczonego zarządowi Kerr-McGee przez rodzinę zmarłej ujawniono, że Karen była pod stałym nadzorem elektronicznym wydziału policji stanowej Oklahomy. Wyszły też na jaw szczegóły współpracy agencji rządowych i wysokich urzędników policji, obejmujące m.in. prowadzenie kartotek „dysydentów”, podsłuch i inne formy nadzoru nad osobami, które krytykowały technologie jądrowe. Nie ulega wątpliwości, że plan „uciszenia” Karen Silkwood był realizowany z polecenia najwyższych władz USA. Żadnemu z członków zarządu Kerr-McGee, agentów FBI i oficerów policji stanu Oklahoma nie przedstawiono w sądzie jakichkolwiek zarzutów. Dochodzenie w sprawie śmierci Karen Silkwood zamknięto przed czasem.

Przypadki wojskowe

Prócz całej masy przypadków cywilnych, na liście przecież brakuje zarówno Czarnobyla jak i wycieku na Three Mile Islend May również odczynienia z olbrzymia ilością wypadków związanych z wojskowością. Mamy zatonięcie okrętu Kursk z reaktorem i zapasem paliwa, czy niedawno ujawniony wypadek z 1956 roku kiedy to przenoszący pociski atomowe B47 uderzył podczas lądowania w hangar bazy lotniczej Lakenheath w południowej Anglii. W płomieniach stanęły trzy jądrowe pociski taktyczne. Dziś jak mówią wysokiej rangi oficerowie tylko cudem nie doszło do skażenia olbrzymich połaci południowej Anglii. Korpus oficerski i załogę bazy ewakuowano. Mieszkańców okolicznych miasteczek i wsi nikt nie powiadomił. Sam fakt wypadku był dementowany do 1996 roku zarówno przez władze brytyjskie jak i amerykańskie. Dopiero demaskatorskie artykuły w prasie postawiły rząd w stanie kiedy nie mógł dalej uciekać w milczenie.

Nie kwestionuje w żaden sposób zasadności powolnego zastępowania paliw kopalnych przez energetykę nuklearna, chce jednak być w porę i pełni informowany. Nie dopuszczalne jest dla mnie ukrywanie katastrof i awarii. Równie niedopuszczalne jest ukrywanie odpadów jak postąpiła niesławna i wspomniana powyżej elektrownia Windscale topiąc w Morzu Irlandzkim ponad ćwierć tony plutonu. Będzie on aktywny przez następne 250 tysięcy lat.

Jako puenta niech posłuży wypowiedź Josepha Hendrie z Komisji Nadzoru Jądrowego o katastrofie Three Mile Island

„Działamy po omacku – oficjalne dane z agencji rzędowych są wieloznaczne, a własnych źródeł informacji nie posiadamy. Jesteśmy jak grupa potykających się ślepców, którym przyszło podejmować decyzje”

O autorze

Blurppp

Irek "blurppp" Wis - miłośnik opowieści ukrytych pomiędzy okładkami albo na dnie butelki z winem. Kiedy mogę i mam za co podróżuje. Od urodzenia jestem dyslektykiem.
Mieszkam, pracuję i pisze w Krakowie, ale sądząc po temperamencie i zamiłowaniu do tamtejszego stylu życia i kuchni powinienem przeprowadzić się na północne wybrzeże Morza Śródziemnego.
Zawsze możesz do mnie napisać na blurppp@interia.pl