blogowe Wino i destylaty

Ja jako bloger – głos w dyskusji

Napisał Blurppp

wine-bloger_mmOd jakiegoś czasu mam wrażenie, że spora część winnego światku, a może tylko osób wino pijących postrzega mnie w sposób zbliżony do tego na obrazka. Czyli jestem dla nich facetem który dostaje za za free najlepsze gatunkowe wina, potem podsyła mu się jeszcze piękne kobiety by silniej go zmotywować do tego by pisał same dobre rzeczy o tych otrzymanych butelkach. Wszystko oczywiście w obiektywie kamery, bo mam parcie na szkło i chcę być sławny. Chyba pora wyjaśnić jak jest naprawdę. Tym bardziej, że od jakiegoś czasu gdzieś toczy się podskórna dyskusja o blogerach, ich niezależności, podatności na manipulację itd.

Zacznijmy od początku, wino piję od 20 lat z okładem, świadomie od 10, przy czym u mnie wino jest pasją wtórną. Najpierw były podróże, dopiero potem pite tam, często przypadkiem wino, przeobraziło się w pasję. Teraz o blogu. Istnieje ponad 3 lata, tematyka winna pojawiła się przed kilkunastoma miesiącami. Blog to hobby, forma spędzania wolnego czasu, tak jak fotografia czy czytanie książek. Do tego hobby dość kosztowne, choć tańsze niż wspomniana już fotografia, za cenę obiektywu można wykupić sobie domenę i hosting na dekadę albo i dwie. To nie te opłaty są istotne. Istotne jest zbieranie materiału ( zakup fachowej prasy czy książek to 150 zł miesięcznie, zakup wina 750 zł-1000 zł miesiecznie), opracowywanie go itd. Podczas każdych wakacji jakąś część własnego czasu poświęcam na zbieranie materiałów. Płace za to własnymi pieniędzmi. Zbieram bo zależy mi na poziomie tekstu. Przygotowany tekst musi być przecież w miarę rzetelny i świeży, inaczej nikt nie będzie go chciał przeczytać. A nie okłamujmy się, każdy z nas walczy o takie drobiazgi jak ilość odwiedzin, ilość komentarzy czy liczba fanów na FB. Dlatego wszystkie nasze działania to walka o zdobycie sympatii i zaufania czytelnika.

Teraz wróćmy do słynnych biedronkowych/żabkowych/lilowych przesyłek. Piszę o tym bo pierwsze z nich dostałem na przełomie tego i zeszłego roku. Lidl podesłał mi trzy butelki między świętami a sylwestrem, Biedronka kilkanaście dni temu a wino z Żabki przyszło wczoraj. Ponadto w roku 2012 otrzymałem od Francuskiego Gąsiorka 2 butelki no i wziąłem na koszt organizatorów  udział w 6 może 8 degustacjach. Za własne pieniądze kupiłem pewnie ze 300 butelek, z których opisałem ze 150. Również za własne pieniądze wziąłem w kilkunastu płatnych degustacjach, które zresztą opisałem. Po co to oświadczenia majątkowe? A no z bardzo prostego powodu, czuje się obrażany, jak ktoś mówi że można mnie kupić. Pewnie można, nie ma ludzi nieprzekupnych,  ale czy 400 zł rozłożone na 12 miesięcy to nie zbyt mało? Tyle podejrzewam wyniosły łącznie wszystkie frukty które otrzymałem jako „Pan Bloger”. W poprzednich latach pisałem znacznie więcej o książkach, państwo wybaczą, ale wtedy wartość jednej paczki często wynosiła 400 zł, a przychodziło ich kilka miesięcznie.  Jednak na żadnym z portali czytelniczych, nigdy nie odbyła się dyskusja czy bloger otrzymując książkę od wydawcy traci niezależność.

Czy teraz otrzymując paczki z sieci handlowych czuje, że tracę niezależność. Nie, ale postaram się to wyjaśnić w sposób możliwie racjonalny, bez odwoływania się do honoru, pychy czy wpojonych zasad.  Głównym celem blogera jest wykreowanie w około siebie zaangażowanej grupy czytelniczej, ufającej osądom blogera czyli w tym przypadku takich co zaryzykują zakup wina przez autora polecanego, względnie będzie im się chciało z blogerem dyskutować, bo wiedzą, że on lubi wina ich zdaniem zbyt kwasowe. Dlatego rozsądny autor, a za takiego się uważam, zawsze będzie kierował się własnym osądem i własnym gustem, zdaje sobie bowiem sprawę, że czytelnicy jego gust znają. Tak jak ja wiem, że pan Bońkowski nie lubi przesadnej beczki. Jeżeli więc recenzja raz i drugi będzie z tym gustem rozbieżna czytelnik natychmiast zorientuje się, że tekst powstał z nie do końca czystych  powodów. Może ktoś się wystraszył, że kolejny karton z logo sieci handlowej już nie przyjdzie, może ktoś dostał parę złotych by ocena była entuzjastyczna, bo trzeba się pozbyć nadwyżki magazynowej itd. Takie zachowanie  to jednak  patologia, do tego bardzo łatwa do wykrycia. A czytelnik , kiedy poczuje się oszukany już więcej na bloga nie spojrzy, a wraz z odejściem czytelników , znikną tez przesyłki i zaproszenia na degustację. Bo te przesyłki i zaproszenia, tak naprawdę wcale nie są dla blogera, a dla jego odbiorców. On jest tylko swoistą formą pośrednika. Nie ma czytelników, nie ma fruktów. Dlatego argument zbyt przychylnych ocen, by nie wyschnął strumień darmowych próbek uważam za absolutnie absurdalny.

Współpraca producent-krytyk jest podstawą dzisiejszego dziennikarstwa internetowego, oraz sporej grupy działań marketingowych. Współpracować trzeba, muszą być tylko jasne, przestrzegane zasady. Dlatego na własny użytek ukułem zasady opisywania podesłanych produktów, czasami wina, a czasami książek. Ale jak ktoś podeśle mi do zrecenzowania ser czy  wędlinę długodojrzewającą postąpię tak samo. Po pierwsze, tego produktu użyje czyli go wypije, zjem, przeczytam itd. Po drugie opiszę swoje wrażenia w możliwie najszybszym czasie od otrzymania przesyłki. Przy ocenie będę się kierował jedynie subiektywną oceną. I na koniec, poinformuje czytelnika, że produkt bezpłatnie otrzymałem. Koniec kropka.

Wspomniałem już, blogowanie to kosztowne hobby. Z własnych środków nie jestem w stanie sfinansować choćby panelu degustacyjnego. Mogę sobie pozwolić na zakup 3-5 butelek tygodniowo, ale już nie 20 czy nawet 15. Dlatego jeżeli ktoś mi nieodpłatnie daje możliwość spróbowania w jeden wieczór 6 butelek z jednego kraju, porównania ich to wchodzę w to w ciemno. I nie chodzi o pazerność czy chęć zalania łba winem. Po prostu mam wrażenie, że takie postawienie porównawcze może być interesujące dla czytelników, jak jedno wygląda na tle drugiego. Oni tez pewnie nie mogą zrobić sobie takiego panelu.

Na koniec wypada jeszcze wspomnieć, dlaczego lubię pisać o winach z sieci handlowych. Dlatego, że nie są to wina regionalne w polskim rozumieniu (co mam na myśli przeczytasz tutaj). Tekst o winie z Biedronki jest interesujący dla czytelnika z Krakowa, Puław i Sulechowa ( 20 tysięczne miasteczko w lubuskim, gdzie jest wino z Biedronki, względnie Sofia oraz Carlo Rossi w lokalnym Społem). Wina z lokalnych krakowskich czy warszawskich sklepów specjalistycznych to tam sajensfikszyn, towar kompletnie niedostępny a więc nie budzący zainteresowania. Wino to nie auta, choć nigdy nie będzie mnie stać na Ferrari F70 to lubię je w telewizji pooglądać, ale czytać o winie co jest dostępne tylko w jednym sklepie w Gdyni to by mi się nie chciało, to też czytelnika rozumiem.

Parę słów o sieciach handlowych. Zupełnie się im nie dziwię, ze wyszukują blogerów i z nimi współpracują. Zawartość paczki to koszt rzędu 150 zł, może 200zł  z kosztami wysyłki. Myślę, że wysyłają to do 50 osób, co daje 10000 zł. To cena 30 sekund w porannym paśmie komercyjnej stacji radiowej po dużych rabatach (tu cennik do wglądu) a efekt w gronie potencjalnych klientów, a na pewno świadomych klientów na wina, nieporównywalnie większy.  Bardzo mnie dziwi, że lokalni importerzy, nie idą tą drogą i nie przekazują butelek do testu lokalnym winopisaczom. To zdecydowanie najtańsza forma zaistnienia. I jeszcze jedna rada, nie olewajcie ludzi którzy po wejsciu pytają o czerwone półsłodkie. Sam mam tak w zwyczaju, by zobaczyć jaka będzie reakcja sprzedawcy i czy bedzie chciał mnie czegoś nauczyć czy po prostu oleje.

Na koniec jeszcze jedna uwaga, lubię głaski, lubię jak ktoś mnie doceni. Zdarza mi się więc, że link z recenzją wkleję na fanpejdża importera czy sklepu. W wypadku dużych sieci jest to natychmiast udostępniane, lajkowane, komentowane itd. W wypadku dystrybutorów lokalnych najczęściej nie ma co liczyć na zwykłe kliknięcie „Lubię to”.

Podsumowując, choć z nielicznymi wyjątkami, wina pochodzące ze sklepów specjalistycznych są lepsze, choć sklepy specjalistyczne mają dużo lepsza obsługę to z mojego punktu widzenia przyjemniej współpracuje się z sieciami. Dlatego będę o winach z dyskontów pisał, tym bardziej, że czytelnicy lubią ten temat.

A teksty pisze sam, zwykle późnym wieczorem, wspierając się notatkami, bez towarzystwa półnagich girlasów, najczęściej popijając do tego zieloną herbatę i nie mam parcia na szkło.

Zapraszam do dyskusji.

O autorze

Blurppp

Irek "blurppp" Wis - miłośnik opowieści ukrytych pomiędzy okładkami albo na dnie butelki z winem. Kiedy mogę i mam za co podróżuje. Od urodzenia jestem dyslektykiem.
Mieszkam, pracuję i pisze w Krakowie, ale sądząc po temperamencie i zamiłowaniu do tamtejszego stylu życia i kuchni powinienem przeprowadzić się na północne wybrzeże Morza Śródziemnego.
Zawsze możesz do mnie napisać na blurppp@interia.pl