Wino i destylaty

Don i Nutella

Napisał Blurppp

Życie na wakacjach nie jest łatwe. Szczególnie gdy trafiasz w miejsce gdzie jesteś pierwszy raz. Jak jesteś u siebie to wiesz gdzie kupić coś do picia, gdzie wyskoczyć na szybką przekąskę, wreszcie gdzie zaopatrzyć swój barek. W nowym miejscu jedyne czym dysponujesz to wyobrażenia i oczekiwania, a te potrafią być bardzo różne od rzeczywistości i czasami prowadzić do zabawnych sytuacji, które w skrajnych sytuacjach sparują Ojca Chrzestnego z Nutellą.

Do Palermo przyjechałem późnym popołudniem. Upał robił się jak by mniejszy a powietrze zdawało się już rzednąć. Hotel zlokalizowany był blisko portu i stacji kolejkowej, formalności rezerwacyjne zajęły tylko kilka minut, podobnie jak prysznic po zbyt długiej podróży. Na ulicach byłem kilka minut po osiemnastej. Pierwsze na co miałem ochotę to kieliszek bieli, oczywiście lokalnej i oczywiście schłodzonej. O dziwo miejsca gdzie bym mógł napić się zimnego wina nie było. Wszędzie kawiarnie i bary ale jedynym co mi oferowano to kawa i piwo. To nie tak, że w lokalach nie było wina, było wszędzie, zawsze stało na półce nad barem, zawsze to były oczniki sprzed dwóch czasami trzech lat i zawsze były to wina ciepłe. Zimne było tylko piwa. Poddałem się po trzech godzinach, poddałem i wybrałem dużą butelkę Birra Moretti. Wypiłem duszkiem z gwinta, tak jak robili to wracający z pracy dokerzy. Uroki dzielnicy portowej.

Już z ugaszonym pragnieniem rozpocząłem kolejny etap winnych poszukiwań. Wciąż byłem dość daleko od historycznego centrum Palermo, liczyłem na jakiś sklep, tak ogólny jak i specjalistyczną enotekę. Szybko okazało się, na dziś na duży wybór liczyć nie mogę. Pomimo tego, że jestem na południu handel kończy się o dwudziestej, czasami o dwudziestej trzydzieści. Włochy to nie Hiszpania, tu nikt nie handluje do północy czy pierwszej w nocy. Przed winną abstynencją uratował mnie ukryty w jednym z zaułów malutki sklep. Taki typowy co znajdziecie w nim mydło i powidło. Nie wiem czemu skojarzył mi się z wiejskimi sklepami polski lat osiemdziesiątych. Kto kiedykolwiek był w „gieesie” wie o co mi chodzi. Na szczęście była tam też mała półeczka z alkoholami. Dominowały na niej destylaty, ale stałą też miedzy innymi wyceniona na niecałe 4 euro butelka  Principe di Corleone Bianco d’Alcamo, szkoda tylko że jak zauważyłem po niewczasie rocznik 2012.

Palermo widziane z hotelowego okna

Palermo widziane z hotelowego okna

Jak pewnie się domyślacie na takim miłośniku arcydzieła Coppoli ta nazwa musiała zrobić wrażenie, wszystkie pozostałe butelki nagle jak by zasnuły się mgła i wycofały. Moja ręka pobiegła sama w stronę etykiety o nazwie jednoznacznie kojarzącej się z „Ojcem Chrzestnym”. Widać popkulturowe schematy są we mnie zakorzenione znacznie głębiej niż winna wiedza.

Nie jest to koniec tej opowieści. Po powrocie do hotelu wrzuciłem wino do lodówki a sam pobiegłem do tamtejszej restauracji prosząc o pożyczenie szklanki. Tym którzy na wieść, że w hotelu była restauracja ciśnie się na usta pytanie, dlaczego nie tam zamówiłem wino odpowiadam – nie zwykłem pijać win po 50-60 euro za butelkę. A przynajmniej nie zbyt często. Szczególnie gdy jest to wino które zwykleliśmy określać mianem codziennego. Jak widać absurdalne marże na wino to nie tylko specjalność sporej części polskich restauratorów ale i sycylijskich hoteli.

Wróćmy jednak do szklanki, czy raczej kieliszka. Prosiłem o „glass”, ale to pojęcie kelnerowi i barmanowi, jak 99% Sycylijczyków nie mówiących po angielsku, było obce. Na szczęście gdzieś z odmętów mojego umysłu z odsieczą przyszło jedno z siedmiu znanych mi włoskich słów – „bicchiere”. Wspomagając się przy rozmowie wszystkimi czterema kończynami i właśnie słowem „bicchiere” udało misie skłonić kelnera by wyszedł na zaplecze i wrócił po chwili. Co mi przyniósł widzicie na zdjęciu poniżej. Na szczęście korkociąg miałem swój, bo drugiej tak męczącej rozmowy mógłbym nie przetrzymać. I do razu odpowiem na kolejne wasze pytanie – tak następnego dnia na  hotelowe śniadanie była miedzy innymi Nutella.

Principe di Corleone Bianco 2012 d’Alcamo

Principe di Corleone Bianco

Pewnie całe zdarzenie było by bardziej zabawne gdyby pite ze szklanki po czekoladowym kremie wino okazało się lepsze. Niestety było mocno takie sobie. Ten kupaż składający się z równych części catarratto i inzolia mnie nie zachwycił. W nosie bardziej kwiatowy (kwiaty łąkowe) niż owocowy. W ustach zdecydowanie kwasowe i pomimo wieku dość świeże, tyle tylko, że owoc był w nim bardziej niż rachityczny. Całość odrobinę ratowała gorzkawa grejpfrutowa końcówka. Ogólnie poziom mniej udanej dyskontowej oferty. Zdecydowanie najgorsze moje winne doświadczenie wakacji. Jak widać wiedza winna jest ważniejsza od kulturowych klisz. Lekcja nie bardzo kosztowna, bo tylko 4 euro do przeżycia. Kilka dni później, znalazłem to samo wino (choć nie wiem który rocznik, bo w menu nie podano) w jednej z nadmorskich restauracji Trapanii, wtedy figurowała przy nim cena 15 euro i to już była gruba przesada. Ale jak widać takich co polecą za nazwą miasteczka którego nazwę za nazwisko przyjął pewien Don jest więcej, a wiadomo frajerzy są po to by ich golić! Mnie udało się ogolić raz jeszcze, ale o tym opowiem innym razem. A wam radzę pijajcie wina a nie nadruki na etykietach!

Zdjęcia powstały w warunkach hotelowych, za jakość przepraszam. 

Wino to mój własny zakup

O autorze

Blurppp

Irek "blurppp" Wis - miłośnik opowieści ukrytych pomiędzy okładkami albo na dnie butelki z winem. Kiedy mogę i mam za co podróżuje. Od urodzenia jestem dyslektykiem.
Mieszkam, pracuję i pisze w Krakowie, ale sądząc po temperamencie i zamiłowaniu do tamtejszego stylu życia i kuchni powinienem przeprowadzić się na północne wybrzeże Morza Śródziemnego.
Zawsze możesz do mnie napisać na blurppp@interia.pl