Relacje Galerie oficjalne Galerie prywatne Blog


„W Przemyślu rzucili towar, dlatego tylu ich tutaj” to zdanie rzucone przez zażywną tleniona blondynkę w wieku mocno balzakowskim miało usprawiedliwiać kolejkę na przejściu granicznym w Medyce. Było kwadrans przed czwartą rano i mój mózg nie radził sobie ze zrozumieniem, tej z pozoru oczywistej, wypowiedzi. Nawet nie domyślałem się kim są owi oni, ani czym ów towar. Zresztą pole interpretacji było i tak zbyt szerokie. Tak czy owak przez najbliższe 120 minut mieliśmy się posuwać żółwim tempem do przodu. Nie chodzi jednak o tempo a o kierunek, jechaliśmy na wschód. Byłem już na południu i na północy, dość daleko zapędziłem się na zachód, dalej się nie dało bo Europa stawała się oceanem ale na wschodzie jeszcze nie byłem.

Precyzyjnie to jechałem na południowy wschód. Wtedy tamtego ranka wszystko mnie jeszcze dziwiło, w kolejnych godzinach i dniach miałem do tego przywyknąć. Tam, w tamtej kolejce tez po raz pierwszy zauważyłem to, co w przyszłości miało być obecne na każdym kroku – odklejenie. Wszystko w około mnie, tu w Polsce i we wszystkich dotychczas krajach w których byłem było logiczne, ciągłe, spójne, konkrentne. Tu na wschodzie zaczynała się nieprzystawalność, kontrast, dysonans. Nic do niczego nie pasuje. Wystarczy popatrzeć na kolejkę, prócz chęci przekroczenia granicy tych co w niej stoją nic nie łączy. Tu BMW, kosztujące więcej niż mieszkanie w Krakowie, prowadzone przez muskularnego trzydziestolatka który ma na nosie lustrzane okulary przeciwsłoneczne, choć słonce nie wzeszło jeszcze nad horyzont. Tuż obok stoi stary ciemno zielony wartburg, tak na oko ma 25 lat i 75 letniego kierowcę. Kierowca w przeciwieństwie do tego z BMW nie potrafi być cicho. Wymachuje jakimś świstkiem twierdząc, że ma pozwolenie od nacialstwa na przejazd bez kolejki. Papier ma 10 lat, a od tego czasu zmieniły się zasady i naczelnik, naczelnik 4 razy. Cierpliwe tłumaczenie o utracie ważności dokumentu do starszego pana nie trafia. Kwituje głośnym zawołaniem, że on też jest Polakiem i to nie jego wina, że kaprysem historii został po tamtej stronie. Dziś przez to, że nie ma polskiego paszportu jest traktowany jako gorszy. Wszystko to mówi z tym niezwykłym zaśpiewem, który znam tylko z przedwojennych lwowskich produkcji filmowych. Cała sytuacja budzi we mnie pewne rozrzewnienie. Z zamyślenia wyrywa mnie pogranicznik wręczając świstek, dumnie nazywany talonem, na którym mam zebrać 4 pieczątki. Powoli udaje mi się posuwać od okienka do okienka, tu proszą o otwarcie bagażnika w zamian pieczątka, tam trzeba ustawić się rzędem, by porównali twarz ze zdjęciem w paszporcie, jak się zgadza kolejna pieczątka trafia na talon. Potem powtórka tylko polskie służby zostają zastąpione przez ukraińskie. W końcu talon nabiera wagi i możemy ruszać dalej. Na wschód.

 


Go east boyPrzejazd do Lwowa, a właściwe do skrzyżowania z obwodnica mija błyskawicznie, przejazd południowym obejściem również. Po około godzinie odbijamy na Tarnopol. Po przejechaniu kilometra zaczyna się koszmar a nie droga. Przecież droga to forma kontroli nad chaosem. Ma swój kształt, strukturę, powierzchnie no i obowiązują na niej reguły. Jeździmy po lewej lub prawej stronie, zależy jak się umówimy. Jednak na jednej drodze obowiązuje jeden zestaw zasad. Są one stałe i niezmienne, przynajmniej w ramach czasookresu odpowiadającemu czasowi przejazdu. Dlatego ten kawałek przestrzeni, który przyszło nam przemierzać drogą nie był. Nie miał nawierzchni, nie miał jasnych krawędzi, raz było wąsko raz szeroko a przede wszystkim nie obowiązywał tam żadne zasady. Ciężarówki, próbując nie wpaść do jam w drodze, raz mijały mnie z lewej, raz z prawej, a czasami z obu stron. Ja sam jechałem slalomem starając się do dziury nie wpaść. Utrzymanie prędkości na poziomie 30 kilometrów na godzinę zdawało się być osiągnieciem. Po lewej i prawej mijałem bezkresne pola kukurydzy, zbóż i słonecznika. Czasami pojawiały się wsie, pomimo jasnego słońca miast połyskiwać zdawały się szare i przygaszone. Małe domki pozbawione radości istnienia. Nad wszystkim unosił się jakiś niezdefiniowany, nie określony smutek. Czasami gdzieś w tle połyskiwała kryta miedzią kopuła cerkwi. Bogata i strojna, zdecydowanie górująca nad bezmiarem nijakości. Bogata cerkiew biednych ludzi. Cerkiew odklejona od realiów mieszkańców, nieprzystająca do nich, kolejna fanaberia hierarchów czy decyzja wiernych. Tak czy siak jasny przykład pogłębiający uczucie nieciągłości, dysonansu, nieprzystawalności.
120 kilometrów do Tarnopola zabiera nam pięć a nie jak planowaliśmy 2 godziny. Przy okazji zabiera nam szanse na zwiedzenie tego miasta. Już pora obiadowa, a my pokonaliśmy dopiero jedną piątą drogi. Z ciężkim sercem decydujemy się wykreślić wizytę w mieście z planu i odbijamy na południe. Przed nami kolejne 150 kilometrów do Czerniowc. Droga stała się droga, jest asfalt, jest kształt można jechać. Natomiast to co przy drodze wygląda coraz smutniej. U mnie zaś mijane miejsca wywołują przemożne uczucie nostalgii. Tu drogowskaz na Kamień Podolski, za chwile informacja o odległości, a tam Zaleszczyki. Jedziemy przez ziemie które przez całe wieki, do 1939 roku były nasze. Tu była Polska. Patrzę na otaczająca mnie szarość i rozpad. Robi się smutno, do nostalgii dochodzi melancholia. Może gdyby inaczej wygięła się historii sprężyna dziś miałbym tam krewnych albo znajomych. Bardzo chce sobie zrobić zdjęcie przy tablicy „Zaleszczyki” . Niestety, tuż obok jest posterunek rogatkowy. Wąsaty milicjant nie pozwala się zatrzymać a tym bardziej fotografować. Nie wchodzę z nim w dyskusję, znam ten typ. Takie same posterunki rogatkowe do tej pory spotykałem tylko w Afryce Północnej, od Egiptu do Maroka. Tamte kraje trudno nazwać demokratycznymi, tu chyba jest tak samo pomimo ust pełnych frazesów rzucanych przez polityków z Kijowa. Po chwili mijam legendarny most drogowy nad Dniestrem. Kiedyś w innym świecie był mostem granicznym między Polską a Rumunia. Kilka kilometrów od tego miejsca w Kutach 17 września 1939 roku internowano polski rząd, kończąc tym samym żywot II Rzeczpospolitej. Zaś przez most w Zaleszczykach uciekało tysiące rodaków, wśród nich Melchior Wańkowicz. Kiedy przejeżdżając przez będący w paskudnym stanie most patrzę w lewo i prawo, zakole rzeki porośnięte chaszczami. Ze słynnej „złotej plaży” nie pozostało nic. Nie ma słynnych plantacji melonów i arbuzów. Z Przemyśla jechałem tutaj ponad 6 godzin, a licząc od Lwowa 5. Kiedyś legendarna luxtorpeda, flagowy pociąg kolei państwowych, pokonywała ten dystans w 2,5 godziny. Ale to było za krwiożerczej sanacji a nie za ustroju sprawiedliwości społecznej jaki teraz panuje na tych ziemiach. Oglądam się za siebie i ruszam dalej.
Każdy kilometr na południe to wyraźnie biedniejsze okolice, coraz częściej pomiędzy murowanymi widać domy drewniane, często kryte strzecha. Na drogach miast traktorów trójkołowe Dziki i samoróby. Na polach kukurydza, słoneczniki i arbuzy. Zatrzymujemy się przy jednym z domów, na podwórzu hałda arbuzów. Wyciągam z portfela dwueurową monetę, gospodarz wybiera dla mnie największego, waży ponad 14 kilo i pyta czy chce jeszcze. Uprzejmie dziękuję i ruszam dalej. Dopiero po chwili dociera do mnie, że mówiliśmy po polsku.

   

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Blurppp - Zapiski z pustyni

DSC 0248

Zapraszamy również do odwiedzin na blogu Irka

Sporo tam o podróżach, ale przeczytacie tam także o ksiażkach, fotografi i winie

Odwiedżcie koniecznie. 

http://www.blurppp.com/blog

Kontakt

Najprostszą metodą kontaktu z nami jest poprostu napisać maila 

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Zawsze odpowiadamy.