Relacje Galerie oficjalne Galerie prywatne Blog

Przed wyjazdem

Jak zawsze to był przypadek. W pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia ciągle nie mieliśmy żadnych planów na sylwestra. Siedząca przy komputerze Ola powiedziała „Jest oferta Sylwester  w Budapeszcie". Nie lubimy imprez zorganizowanych ale pomysł już był. Kilkanaście minut w Internecie i pierwszy raz w życiu dokonujemy rezerwacji hotelu przez serwis bookingowy.  Wybór pada na Hotel Fortuna, na zdjęciach wygląda przyjaźnie, jedyny mankament jest położony około 4 km od centrum za to bardzo blisko stacji metra. Według informacji do centrum będzie 5 przystanków. Nic mi to nie mówi w Budapeszcie byłem raz jako małe dziecko czyli pewnie 30 lat temu. Agnieszka była 20 lat temu. Czyli nie znamy miasta, nie znamy węgierskiego i nie jesteśmy pewni hotelu. Pewnie będzie zabawnie J.

Następny dzień to zakup przewodników i planu miasta. Wiedza będzie niezbędna, zaczynamy chodzić z kata w kąt nie mogąc się doczekać. Jeszcze uzupełnienie garderoby o nowe polary bo prognoza mówi o temperaturach sporo poniżej zera i właściwi jesteśmy gotowi.

 

 

Dzień Wyjazdu

Pobudka 4 rano, planowany wyjazd na piątą. Ciężko wstać bo dzień przed  adrenalina nie pozwalała zasnąć. Jeszcze o 23.30 próbowałem dokonać rezerwacji biletów na Koncert Noworoczny w Budapeszcie, niestety bez powodzenia. O 1.15 w nocy ciągle obracałem się z boku na bok oczami wyobraźni widząc wszelkie dobre i złe scenariusze, głównie dotyczące położenia i standardu hotelu.  O 5.03 już bez śladu snu na powiekach ruszamy. Licznik wyzerowany, auto zatankowane. Jest zimno, 10 kresek poniżej zera. Chwile trwa nim auto chwyci temperaturę. O tej porze drogi prawie puste, błyskawicznie dobijamy do Jabłonki, krótki postój na papierosa i siusiu i znowu w drogę. Kilkaset metrów przed granicą kupujemy świeże bułeczki i jesteśmy na Słowacji. Tuż za granicą obowiązkowy zakup winiet 20 zł lub 5 euro. Naklejka trafia na szybę a ja się zastanawiam dlaczego kierowcy                z zagranicy nie muszą  płacić za wjazd do Polski? czy chodzi o stan dróg? czy wstyd brać pieniądze za to coś drogo podobne ?

Słowacy niezwykle przepisowi, jeżeli w terenie zabudowanym ograniczenie prędkości do 50 a czasami nawet 40 km/h to jadą jak znaki karzą, mnie to lekko irytuje szczególnie że ciągle wcześnie rano, ani większego ruchu ani pieszych na drogach nie widać.  Pierwszy z postoi na Słowacji to jakaś mała wieś  przed Dolnym Kubinem, pora na kubek herbaty i śniadanie, jest przed 8.00. Niesiak trochę narzeka że zimno i że nigdy więcej po trasie kanapek w zimie. W końcu rozkładam siedzenia z tyłu auta i przy tak zaaranżowanym stoliku jemy. Po śniadaniu Ola postanawia, że będzie spać z tyłu. Przesypia całą drogę przez resztę Słowacji. Pogoda się psuje, początkowo jest słonecznie ale im bliżej celu tym bardziej mgliście. Węgry witają nas  szarówką, na szczęście nie pada.  Znowu 5 euro wydane na winiety i ruszamy dalej. Resztę wydali nam w forintach więc możemy sobie pozwolić na kawę. Do Budapesztu jeszcze 70 kilometrów. Jest za wcześnie, pokój mamy od 14.00 więc robimy postój na obiecaną kawę. Siedzący przy sąsiednim stoliku policjanci łamaną angielszczyzną tłumaczą nam jak dostać się w okolice hotelu. Po kolejnych 30 minutach mijamy znak Budapeszt. Niesiczka rozkłada plan i zamienia się w pilota. O odnalezieniu określonej lokalizacji w Budapeszcie krążą legendy, nerwy napięte, nie mamy nawigacji jedynie plan miasta, ja prowadzę Niesiak pilotuje. Jazda nie jest łatwa,    4 pasy w każdą stronę. Węgrzy, którzy w terenie zabudowanym nie przekraczają 50 km/h a na autostradzie zgodnie z ograniczeniem jadą dziewięćdziesiątką, po magistrali miejskiej wycinają od 120 w górę. Dłonie się pocą.  Dotarcie do celu okazuje się jednak całkiem łatwe, po 30 minutach  jesteśmy na dziedzińcu hotelu Fortuna. Rezerwacja prawidłowa, kilka słów z recepcjonistą i nasz pokój będzie gotowy na 13.00. Papieros, rozładowanie auta i możemy się meldować. Samochodzik nasz kochana Caravella zwana króweczką  odpoczywa na strzeżonym parkingu my ruszamy na podbój Budapesztu.

Nasza kwatera jest 4 stacje metrem od centrum, niby drobiazg ale trzeba kupić bilety a my nie mamy ani forinta, tak tak kawa przed Budapesztem, próbujemy dowiedzieć się czy za bilety można zapłacić w euro, oczywiście nie można, potem gdzie jest kantor. Wbrew pozorom nie jest to łatwe pytanie jak nie zna się węgierskiego. Szukamy na ślepo, po 500 metrach znajdujemy jakiś bank. Kolejka do okienka długa i mocno międzynarodowa, Włosi, Czesi, Słowacy, Rumuni, Serbowie i my reprezentujący Najjaśniejszą Rzeczpospolitą. Obsługa w tempie ślamazarnym, każdy jest spisywany     z paszportu, musi wypełnić formularz tu i tam podpisać. Pani w okienku oczywiście nie mówi po angielsku. Za oknem zimno , my opatuleni, w banku gorąco, pocimy się i czekamy po dobrych 45 minutach udaje nam się pozbyć euro w zamian za forinty. Wracamy do metra, mocno już zgłodnieliśmy jest późna pora obiadowa. Na szczęście metro kursuje co 5 minut a przejazd nie zabiera więcej niż 10 minut. Jesteśmy w centrum, albo w jednym z centrów. Stolica Węgier to duże miasto, znacznie większe niż wydaje się na planie. Postanawiamy zacząć od zjedzenia czegoś. Na pierwszy ogień idą grillowane kasztany sprzedawane przy wyjściu ze stacji. Decydujemy się na studencki lokal Claro  Bistro. Trzeba go jedynie znaleźć, wg przewodnika jest to miejsce kultowe. Tylko to jedno ale     gdzie on jest ? poszukiwania kończą się fiaskiem po 45 minutach błądzenia decydujemy się na szybką zupę gulaszową w miejscu o nazwie Pesti Lampas. Jesteśmy obsłużeni po królewsku, zdjęto nam kurtki, usadzono i podano przepyszny gulasz. Ceny umiarkowanie wysokie. Ola zachwycona. Pokrzepieni kierujemy się w stronę Mostu Elizabeth i wkraczamy do Budy. Chcemy zobaczyć Dunaj z góry więc wdrapujemy się na Górę Gelertha. Wspinaczka mecząca ale widoki zapierają dech, robię sporo zdjęć, nie na darmo dźwigałem statyw. Peszt nocą, jest na co popatrzeć. Na szczycie Cytadela i pomnik ofiar 1956. Na szczycie bardzo wielu turystów, w tym chyba ze dwa autokary Japończyków. Ale oni robią zamieszanie. Na szczęście są tam bardzo krótko. Widać to jeden z tych programów „Europa w 5 dni". Nam się nie spieszy, jest dość zimno więc krzepimy się grzanym winem, jest pyszne. Powoli schodzimy. Jeszcze fotki przy pomniku, kolejna to widok na Budę z mostu i jesteśmy znowu w Peszcie. Kolejna próba odszukania Costa Bistro. Tym razem zakończona powodzeniem. Jedzenie wspaniałe, porcje gigantyczne. Ola je gundle czyli naleśniki z pastą orzechową, wspaniałe, ja medalion w rozmiarze XXL ma chyba ze 30 cm średnicy, ledwie to w siebie mieszczę, Niesica przechodzi wszystkich. Je Cordon Blue czyli pierś z kurczaka faszerowaną serem, jak żyje nie widziałem tego w takiej ilości. Oni chyba zespawali te piersi albo na Węgrzech żyją kurczaki mutanty o rozmiarach indyków. Niesica zjada wszystko do ostatniej frytki, gdzie się to w niej zmieściło? Knajpa z fajnym luzacko-studenckim nastrojem. Miło się siedzi, pije bardzo dobry tokaj, kieliszek, potem drugi.             Z żalem opuszczamy knajpkę ale zaczynamy odczuwać zbyt wczesną pobudkę. Kilka minut potem jesteśmy znowu w pociągu niebieskiej linii, 5 minut i nasza stacja, po kolejnych 3 minutach padamy na łóżka w pokoju hotelowym. Przed nami trzy pełne dni. Ola zakochała się w jakiejś przywiezionej z domu książce i czyta do późna, ja rozpoczynam przygodę z „Grą Anioła". W efekcie noc na pewno okaże się zbyt krótka.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Blurppp - Zapiski z pustyni

DSC 0248

Zapraszamy również do odwiedzin na blogu Irka

Sporo tam o podróżach, ale przeczytacie tam także o ksiażkach, fotografi i winie

Odwiedżcie koniecznie. 

http://www.blurppp.com/blog

Kontakt

Najprostszą metodą kontaktu z nami jest poprostu napisać maila 

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Zawsze odpowiadamy.