Relacje Galerie oficjalne Galerie prywatne Blog

Musimy tu wrócić, taka myśl kołatała mi się po głowie kiedy, w lutym 2008, wsiadaliśmy w Agadirze do samolotu. Maroko nas oczarowało, choć ledwie mieliśmy okazję je powąchać. Wrócić udało się po prawie dwóch latach w styczniu 2010 roku. Jak było, co widzieliśmy i jakie zrobiło to na nas wrażenie przeczytacie w pełnej relacjii. 

 

Dzień pierwszy - przylot

Całą noc padał śnieg, zarówno ja jak i dziewczyny nie mogliśmy spać. Na szczęście noc była krótka i tak trzeba było wstać po trzeciej. O czwartej mieliśmy być u mojego taty który miał nas zawieść na lotnisko do Katowic. Lecieliśmy do Brukseli, a stamtąd do Marrakeszu. Tym razem jechaliśmy jak do siebie, bez pośrednictwa agencji turystycznej. Bilety lotnicze kupowaliśmy na stronach www. Kwestie logistyki na miejscu zostawiliśmy w rękach naszego znajomego z poprzedniej wizyty Hrou. Wspomniany śnieg napawał mnie jednak niepokojem. Jeżeli samolot się spóźni o więcej niż 2 godziny to nie zdążymy na lot do Maroka. Plan B  nie istniał. Ups udało się. Katowickie lotnisko było na to przygotowane. Samolot z Dortmundu wylądował o czasie a to nim mieliśmy lecieć do Belgi. Lot minął szybko i o 11.45 bez jakichkolwiek problemów wylądowaliśmy  na lotnisku przesiadkowym. Krótka przerwa na papierosa i ustawiamy się w kolejce do oddania bagażu na lot do Marrakeszu. Lecimy najtańszym z możliwych przewoźników czyli Ryanair. W kolejce do odprawy większość osób ma typowe dla północnej Afryki rysy. Sporo z nich do wracający do domu gastarbeiterzy. Zarówno z Maroka jak i z Algierii.  Każdy ma spore walizki, nadbagaż, pracownik linii lotniczej jest bezlitosny, trzeba przepakowywać. To samo spotyka nas, suma bagaży nie przekracza limitu wagi ale pojedyncza walizka tak.  Szybkie przepakowanie i duża walizka leci prawie pusta za to mała pęka w szwach.  Konsekwencje tego poznamy później, ulubione okulary Agnieszki będą pęknięte w 2 miejscach. Na szczęście obiektywy wyjdą z lotu bez szwanku. Sam lot kosztuje mnie sporo nerwów. Albo jestem ksenofobem, albo się za dużo wiadomości naoglądałem albo sam już nie wiem. W każdym razie kiedy za nami siada pan w chałacie do ziemi, klapkach na skarpety z długą brodą i w dziwnej czapeczce na głowie zaczynam odczuwać dyskomfort. Kiedy z kieszeni wyjął Koran i zaczął go teatralnym szeptem czytać na głos byłem już wystraszony. Gdy po modlitwie z kieszeni wyjął telefon komórkowy i rozpoczął  go rozkładać, na moich piersiach usiadła wielka kosmata panika. Wstałem pod pozorem wyjęcia ze schowka na górze butelki z napojem. Cały czas dyskretnie mu się przyglądając jak by bombę z tego telefonu robił. A on jedynie zmieniał kartę z belgijskiej na marokańską. Przyrzekłem sobie że nie będę już oglądał wiadomości bo potem w każdym bin Ladena widzę. Reszta lotu mija spokojnie. O czasie lądujemy w Marrakeszu. Tam odbiera nas kuzyn Hrou i zawozi do hotelu Imilch. Już po drodze przez uchylone okna czujemy ciepełko, nie upał ale przyjemne ciepełko. Jest po 18.30 więc już zmrok. Po chwili jesteśmy w hotelu. Znamy już to miejsce, jest czysto, przytulnie, jest WiFi a do Jema-Elfna Mamy 5 minut spacerkiem. Szybkie zakwaterowanie, przebieramy się   o 19.30 zjadamy kolację. Pyszny stek wołowy którego dziewczyny nie ruszają więc zjadam 3 i ruszamy w stronę Placu Skazańców. Powitanie z Marokiem opijamy szklankami pysznego jak zawsze soku pomarańczowego od ulicznych sprzedawców, potem wyśnione przeze mnie ślimaki na parze. Uwielbiam je. Ola ma ochotę spróbować. Na ochocie jednak się kończy, bo woli brak. Później powie, że ślimak wystawił do niej rogi i poprosił by go nie zjadała. Po drodze oczywiście mijamy wielu dziwnych ludzi, mi w oko wpada starszy pan modlący się na chodniku, prawie jak w transie. Jeszcze krótki rekonesans po peryferiach souku i czas wracać do hotelu. Ja jednak chcę jeszcze spróbować słynnej hariry czyli zupy z ciecierzycy. Jest znakomita. Ola zjada pełną miskę, pierwszą podczas tego wyjazdu. Będzie zjadała czasem dwie miski dziennie aż do dnia powrotu.  Powoli spacerkiem wracamy do hotelu, dochodzi 23.00. To był długi dzień, śniadanie zjedliśmy w Polsce, obiad w Belgi , kolację w Maroku. Nic więc dziwnego, że zasypiamy prawie natychmiast.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Blurppp - Zapiski z pustyni

DSC 0248

Zapraszamy również do odwiedzin na blogu Irka

Sporo tam o podróżach, ale przeczytacie tam także o ksiażkach, fotografi i winie

Odwiedżcie koniecznie. 

http://www.blurppp.com/blog

Kontakt

Najprostszą metodą kontaktu z nami jest poprostu napisać maila 

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Zawsze odpowiadamy.