Wino i destylaty

Tsantali Rapsani – wina olimpijskie

Napisał Blurppp

26 kwietnia 1986 roku doszło do awarii reaktora w Czarnobylu. Media informowały o radioaktywnej chmurze gnanej na południowy zachód. Ile w tym było prawdy nigdy nie sprawdzałem, pewnie coś było bo turyści z Zachodniej Europy zaczęli masowo anulować wycieczki do kontynentalnej Grecji. Podobno to tam miała zmierzać owa chmura. Ceny wycieczek gwałtownie spadły, na tyle że stały się dostępne dla Polaków. I tak dzięki wypadkowi w czarnobylskiej elektrowni latem 1986 roku pierwszy raz odwiedziłem kraj zachodni, była nim Grecja.

Wizyta zrobiła na mnie na tyle duże wrażenie. Nie chciałem by mi umknęło, dlatego przez cały wyjazd prowadziłem „dziennik”. Ten niestety zaginął jakieś 10 lat temu podczas przeprowadzki. Wraz z nim zaginęło kilka czarnobiałych zdjęć formatu 7×13 jakie ktoś i podczas tamtego wyjazdu zrobił. U nas w domu w tamtym czasie aparatu nie było. Gdyby jednak zdjęcia się odnalazły na jednym z nich zobaczylibyście uśmiechniętego, chudego jak patyk siedemnastolatka dumnie spoglądającego w górę, na jakiś szczyt skryty w chmurach.

Co bystrzejsi z was oczywiście natychmiast odgadli, tym szczytem był Olimp – Góra Bogów. Nasz kamping, o żadnych hotelach nie było mowy, nie w czasach kiedy średnia pensja wynosiła 15 dolarów amerykańskich, położony był tuz obok Katerini, najpopularniejszego kurortu Riviery Olimpijskiej. Raptem 6 kilometrów od początku szlaku na olimpijski szczyt. Kiedyś nawet podjąłem próbę wspięcia się. Oczywiście z ułańską polską fantazją podniesioną do potęgi nieroztropności siedemnastolatka. Wybrałem się w krótkich spodenkach, podkoszulku i sandałkach (nie pamiętam czy miałem skarpety,  bardzo prawdopodobne że tak, takie to były czasy). Początek szlaku zaczyna się prawie na poziomie morza, wręcz na plaży, bardzo nisko. Szczyt jest prawie 3000 metrów wyżej. Myślę ze wszedłem na jakieś 2000 metrów nad poziom morza. Podejście nie jest specjalnie trudne, po drodze są knajpki z niezłym wyborem napojów, dostarczanych tam na oślich grzbietach, co oznacza bardzo drogich napoi. Ale nie brak wody sprawił, że przestałem iść wyżej, nie zmęczenie nawet nie strach czy zdążę zejść przed zmrokiem. Co w takim razie, już tłumaczę, załatwiła mnie temperatura. Na dole było 36 a może 38 stopni, nie wiem ile był kiedy podjąłem decyzję o powrocie ale szczekałem zębami, a zdawało się, że nieodległy szczyt pokryty był śniegiem. Zeus widocznie nie życzył sobie odwiedzin nastolatka z Polski.

Cała ta sytuacja stanęła mi przed oczami, kiedy w tym roku, na targach EnoExpo 2015 pierwszy raz w życiu miałem okazję spróbować win ze zboczy Olimpu. Wina były trzy, wszystkie z jednej linii Tsantali Rapsani. Niby pochodziły z jednej winnicy ale tak naprawdę różniło je wszystko. I choć w ich nazwach padały słowa reserve i grand reserve nie chodziło wcale o czas dojrzewania w beczkach. Ta trójka wspaniale pokazała, że stereotyp:

„Im więcej słońca tym lepsze wino”

Jest zwyczajnie nieprawdziwy. Bo w pewnych regionach in chłodniej tym lepiej. Chodzi o maksymalne wydłużenie okresu wegetacji, by jagody miały czas na zakumulowanie cukrów i składników aromatycznych. Zresztą zobaczcie sami.

Tsantali Rapsani 2012

rapsani-1

Wino ze strefy A apelacji. Oznacza to, że krzewy rosną na wysokości od 0 do 250 metrów nad poziom morza. W lecie i w dzień i w nocy jest tam gorąco jak diabli. Sok w gronach prawie się gotuje, bryza z nad niedalekiego Morza Egejskiego nie przynosi ochłody. Zbiór przypada na koniec lipca. Tyle o apelacji a co do samego wina, to jest kupażem trzech szczepów xinomavro, krassato i stavroto użytych w równych częściach. Fermentowały osobno a potem dojrzewały przez 6 miesięcy w beczkach 300 litrowych po czym wina bazowe zblendowano i kolejne 6 miesięcy wino „przegryzało się”. W efekcie dostaliśmy wino pachnące konfiturą wiśniowa z wyraźnym dodatkiem gorzkich ziół, w ustach garbnikowe, o sporej kwasowości ale lekko rozgotowanym owocu, lekko przyciężkie. Nie podobała mi się zbyt balsamiczno ziołowa końcówka. Wino smaczne ale nie urywające tego czy tamtego, wino na 4.0 czyli dobre.

Tsantali Rapsani Reserve 2011

Rapsani-2

Wino wyprodukowane z tych samych szczepów i tą sama metoda co poprzednie. Z tym że tu dojrzewanie win bazowych i „przegryzanie się” wynosiło 12 miesięcy a grona pochodziły ze strefy B. Oznacza to, że rosły na działkach rozciągniętych pomiędzy poziomica 250 i 500 metrów nad poziom morza. Tam noce są już chłodniejsze. Proces wegetacji zwalnia, zbiory odbywają się o miesiąc później niż w strefie A. ma to zdecydowane znaczenie dla jakości wina.

Tu nos jest bardziej złożony, do likierowo-dżemowych wiśni doszły tony śliwek i porzeczek a zioła zastąpiły tony skóry i leki ton dymny. W ustach wino ma więcej przestrzeni, kwasowość jest wyraźniejsza a garbniki gładsze. Owoc jest tu wyraźniejszy, słodszy i lepiej współgra z kwasowością. W posmaku długie, delikatniejsze, mniej inwazyjne.  Wino bardzo dobre czyli na 5.0

Tsantali Rapsani Grand Reserve 2009

rapsani-3

Znów te same szczepy, ta sama winifikacja i metody dojrzewania, tu wydłużone do 18 miesięcy. Natomiast grona pochodzą ze strefy C czyli powyżej 500 m. n.p.m. Tu już nie tylko noce są chłodne, poranki i wieczory tez, a temperatura w południe potrafi być o 6 stopni niższa niż 500 metrów niżej. Grona zbiera się w połowie października kiedy są tak naładowane cukrem i substancjami aromatycznymi że są wstanie stoczyć równy 18 miesięczny pojedynek z francuskim dębem i nie dać się zagłuszyć.

Powstało wino o wyrazistym złożonym nosie w którym na pierwszy plan wysuwają soczyste czarne porzeczki i wiśnie w likierze, a zaraz za nimi podążają tony dymne, ziemiste i niezwykle zaskakujący zapach czarnych oliwek. W ustach wino jest głębokie, ekstraktywne, solidnie zbudowane. Oparte o zdecydowana kwasowość i balansujące ją słodkie czarne owoce. Do tego wypolerowane do połysku garbniki i długi wielowątkowy posmak. Pije się to znakomicie a każdy łyczek przynosi nowe odczucia. Wino Bardzo dobre z malutkim plusikiem. Na 5,5 na mało na 5,0 za dużo . Umówmy się na 5,25.

Trzy wina, z tych samych szczepów, z tej samej apelacji, różni je jedynie wysokość działek nad poziom morza i okres dojrzewania tak w szkle jak w drewnie. A równocześnie są to trzy zupełnie różne wina. Ich degustacja to wspaniała lekcja pozwalająca zrozumieć wino, jego powstawanie i czynniki mające wpływ na jego smak.

A i jeszcze jedno, nie pamiętam z Grecji jakiejkolwiek winnicy ani wina, nie pamiętam tez by przy szlaku były jakieś winogrady. Ciekawe, rzeczywiście ich tam nie było, czy nie zwracałem uwagi.

Zdjęcie nagłówkowe pokazuje Olimp widziany od północy, zrobiłem je w tym roku jadąc autostrada A2 z Salonik na zachód. Wtedy w 1996 roku na Olimp patrzyłem zawsze od wschodu, od strony plaż Morza Egejskiego

Degustowałem na EnoExpo 2015. Lekcji mi udzielił i o specyfice siedliska opowiedział Thomas Karpenisis z Tsantali.

Wina kupicie w sklepie Greek Trade

O autorze

Blurppp

Irek "blurppp" Wis - miłośnik opowieści ukrytych pomiędzy okładkami albo na dnie butelki z winem. Kiedy mogę i mam za co podróżuje. Od urodzenia jestem dyslektykiem.
Mieszkam, pracuję i pisze w Krakowie, ale sądząc po temperamencie i zamiłowaniu do tamtejszego stylu życia i kuchni powinienem przeprowadzić się na północne wybrzeże Morza Śródziemnego.
Zawsze możesz do mnie napisać na blurppp@interia.pl