Wino i destylaty

Szwendającego sie po Morawach refleksji kilka

Napisał Blurppp

Tuż przed majówką spędziłem kilka bardzo intensywny dni na Południowych Morawach. Wraz z grupą sommelierów, dziennikarzy i importerów na zaproszenie Ambasady Czech odwiedziłem kilku producentów. I choć wydaje mi się, że winiarstwo morawskie znam nie źle, to kilka odwiedzonych miejsc było dla mnie zaskoczeniem. Przede wszystkim ze względu na wybór producentów do których nas zabrano i na dość specyficzne selekcje podczas degustacji.

Nim przejdę do sedna tekstu uwaga techniczna. Ten wpis choć będzie o winie, to nie znajdziecie w nim żadnej notki degustacyjnej. Chcę się tu skupić raczej na pewnym ogólnym wrażeniu. Notki będą w całej serii wpisów, nad którymi powoli pracuje, a które na własne potrzeby nazwałem „profile producentów”. Pierwszy z nich powinien na blogu być już w tym tygodniu. Teraz już do rzeczy.

Wielu z was nie ma zbyt dużej wiedzy o morawskim winiarstwie. Niech was to nie dziwi, tamtejsi producenci i organizacje tak samorządowe jak i centralne nie robią zbyt wiele byście wiedzieli. Bardzo jasno przekonałem się o tym podczas ostatniego puntu naszego wyjazdu jakim była wizyta w Funduszu Winiarskim, centralnej organizacji mającej promować tamtejsze winiarstwo. Ale po kolei. 

Nasi południowi sąsiedzi produkują w zależności od rocznika między 400 a 800 tysięcy hektolitrów wina. Tymczasem przy konsumpcji na poziomie  21 litrów per capita daje zapotrzebowanie 2100 tysięcy hektolitrów. Jak łatwo zauważyć, miejscowi producenci są wstanie zaspokoić około jednej trzeciej zapotrzebowania. Czy w takiej sytuacji dziwi fakt, że większość działań o jakich słyszeliśmy dotyczyła ograniczenia przemytu i przeniesienia importu wina z szarej strefy do legalnego obrotu.

To też działania funduszu nigdy nie będą tak spektakularne jak choćby Niemieckiego Instytutu Wina, bo niby po co miały by być? Do tego dochodzi dość dziwne prawne umocowanie samego funduszu. Nie prowadzi on sam z siebie żadnych działań, a jedynie finansuje zgłoszone i zaakceptowane przez producentów projekty. Ci zaś, w swojej przeważającej ilości, ze względu na duży popyt wewnętrzny nie mają marketingowych potrzeb. Wyjątkiem są giganci, ale o nich za chwile. Z kolei importerzy, jako osoby nie będące obywatelami Czech o dofinansowanie wystąpić nie mogą, to też nie spodziewajcie się wielkiej promocji win morawskich w Polsce, a szkoda.

Z kolei duzi producenci nacechowani są swoistym bezwładem. Swoje działania wspierające import prowadzą z pewnym wycofaniem i zdaje się pewnym niezrozumieniem rynku. Zdaja się nie rozumieć trendów, o czym za chwile, zamiast skupić się na kilku flagowych etykietach rozdymają portfolio do dziesiątek a bywa że i setek etykiet. Bardzo to dziwne, bo marketing i dystrybucja wielu marek jest znacznie droższa niż w wypadku wąskiego, jasno określonego portfolio. To też nikt nie formułuje  jasnego zwięzłego przekazu w rodzaju „frankovka jest OK do grilla” czy „morawskie biele pasują do polskiej kuchni” a mnoży promocje kolejnych linii produktowych. Bardzo to dziwne i nie zrozumiałe.  

Drugą zadziwiająca rzeczą było „chowanie” przed nami win czerwonych. Jako, że trzon grupy stanowili importerzy producenci, i to bez wyjątków wszyscy których odwiedziliśmy, przygotowali degustacje win najbardziej rokujących jako hity eksportowe. I trzeba przyznać, że z mojego punktu widzenia były to selekcje dziwne. Początkowo sądziłem, że wynikają one ze specyficznego oglądu polskiego rynku. Wiadomo kochamy „półwina”, do tego białe. I choć niektórzy z odwiedzanych producentów w ofercie mili około (sic!) 200 etykiet robionych przez 3 rożnych enologów z myślą o różnych ścieżkach dystrybucji: Horeca/retail/sklepy specjalistyczne to wina były bliźniaczo podobne.

Bez względu na szczep wina były bardzo aromatyczne w nosie, zdecydowanie owocowe, w usypach o wysokiej kwasowości, lekko zarysowanym owocu i sporym cukrze resztkowym łagodzącym kwasowość. Niestety w większości  są to wina dość puste, bez charakteru. O dziwo, sama stylistyka była właściwie taka sama dla każdego ze szczepów, a te pokazywały swój styl jedynie w nutach zapachowych. Ogólnie masowe biele oferowane na nasz rynek z nielicznymi wyjątkami wypadły przeciętnie.

Line up unikał też win organicznych/bio/biodynamicznych, co jest o tyle dziwne, że komuś kto patrzy szerzej na rynek właśnie takie wina, dziś stanowią ważny element morawskiego winiarstwa, vide świetni Autentyści.  

Wróćmy jednak do win czerwonych. Z małymi wyjątkami producenci unikali jak ognia umieszczania ich w setach degustacyjnych. Tłumaczyli to, pewnością braku zainteresowania z polskiej strony winami czerwonym, zbyt dużą konkurencja ze strony win hiszpańskich czy portugalskich, wreszcie wysoka ceną. Kiedy jednak udało się kilku producentów namówić, do postawienia na stole jakiejś czerwieni wypadały one nadspodziewanie dobrze. Ich frankovki, pinoty czy svatovavrinecke to idealne wina na czasy po Parkerze. Owocowe, wysokokwasowe, dość lekkie, delikatnie zmiękczone starą dużą beczką, a często wręcz zrobione w całości w stali. Wina o jakie dziś pyta bardziej wyrobiony klient, a jakich próżno szukać w ofercie wielu producentów z południa Europy. I to wina czerwone zrobiły na mnie zdecydowanie najlepsze wrażenie. Wielu z uczestników sprawiło sobie po kilka butelek na własne potrzeby. Co nie jest dziwnym, bo wina naprawdę intersujące i do tego bardzo na czasie. Ewidentnie tamtejsi producenci nie wiedzą jakim skarbem dysponują.

I jeszcze jedna uwaga o winach, a właściwie o „półwinach”. Właściwie w każdej z degustacji, i zarówno w tych u handlowo promocyjnych u producentów, jak i podczas wizyty w Salonie Win Morawskich, gdzie wyeksponowano 100 najlepszych etykiet z Republiki Czeskiej, z czego tylko 3 wina z czeskich rejonów winiarskich, trafialiśmy na wina półwytrawne i półsłodkie. I wiele z nich jako wina funkcyjne, o tarasowo-działkingowym charakterze mogło by się spodobać polskiemu klientowi. Warto o tym pamiętać, i przestać się ich bać, zwłaszcza jeżeli będziecie na Morawach. 

I tak doszliśmy do ostatniego aspektu jaki chcę podnieść tym tekście, a jak powiedziałem w kolejnych wpisach będę na Morawy wracał. Chodzi mi o atrakcyjność enoturystyczną regionu. Pod tym względem nasi południowi sąsiedzi maja bardzo dużo do zaoferowania, a jest to o tyle ciekawe, że są naprawdę blisko, a dzięki połączonemu systemowi autostrad w Polsce i w Czechach łatwo i wygodnie można się tam dostać. Mieszkańcy południa Polski mogą nawet pokusić się o jednodniowy wyjazd. Z Katowic czy z Krakowa przy odrobinie szczęści można zajechać do Znojma, Brna czy Mikulova w mniej niż 4 godziny. A wybrać się warto, bo prócz wina czekają tam na was urokliwe małe, pełne historii miasteczka, piękne widoki i oczywiście dobra kuchnia i wino.

Infrastruktura turystyczna jest na niezłym poziomie, a do tego wciąż nie ma tam klasycznych pułapek na turystów z uliczkami zawalonymi straganami oferującymi chińską tandetę. Ceny są umiarkowane, mocno zbliżone do polskich, a gastronomia jest chyba nawet tańsza. Jest tez szansa na zwiedzenie piwnic, poznanie procesu powstawania wina i oczywiście degustacji. No i jak by ktoś chciał się po degustacji wina odkwasić to i piwo maja tam lepsze niż nasze koncerniaki. To też warto Morawy odwiedzić na weekend albo i na dłużej, a nie traktować jak kraj tranzytowy podczas przejazdu na południe Europy. Wiele miłych chwil gwarantowane.

Morawy i morawskie winiarstwo to obszerny i warty spenetrowania temat, będę do niego wracał a was zapraszam do „wizyt terenowych” i oczywiście degustowania, zdecydowanie warto. Profile producentów będą się ukazywać systematycznie w najbliższych tygodniach.

Po Morawach podróżowałem na zaproszenie Ambasady Republik Czeskiej. 

O autorze

Blurppp

Irek "blurppp" Wis - miłośnik opowieści ukrytych pomiędzy okładkami albo na dnie butelki z winem. Kiedy mogę i mam za co podróżuje. Od urodzenia jestem dyslektykiem.
Mieszkam, pracuję i pisze w Krakowie, ale sądząc po temperamencie i zamiłowaniu do tamtejszego stylu życia i kuchni powinienem przeprowadzić się na północne wybrzeże Morza Śródziemnego.
Zawsze możesz do mnie napisać na blurppp@interia.pl