Codzienność Wino i destylaty

Restaurant Week nie zawsze na propsie

Napisał Blurppp

Restaurant Week to jedna z najfajniejszych i najlepiej zorganizowanych inicjatyw na naszym wciąż bardzo skostniałym rynku restauracyjno-gastronomicznym. Do tego ma zasięg prawie ogólnopolski, choć szkoda, że dzieje się tylko w dużych miastach. W każdej edycji staram się skorzystać z jednej czy dwóch ofert. W tym roku skorzystałem z dwóch, na całe szczęście, bo inaczej musiałbym zmienić zdanie o tym sympatycznym projekcie.

Jak już pewnie się domyślacie tym razem trafiła mi się poważna wpadka, ale po kolei. Zawsze wybierając restauracje w której chcę zjeść kolację w ramach Restaurant Week staram się dokonać świadomego wyboru. Przeglądam menu, czytam na serwisach i blogach opinie o knajpach, ogólnie robię wszystko by trafić dobrze. W tym roku wybór był szczególnie trudny, bo sporo restauratorów dopadła „choroba policzkowa”. Szczegółowo tego nie liczyłem, ale odniosłem wrażenie, że głównym daniem mięsnym w połowie restauracji były policzki. Jako że jadłem już to szlachetnie mięso w każdej możliwej wersji i formie szukałem czegoś innego, to też wybór siłą rzeczy był mocno zawężony.

W końcu zdecydowałem się na usytuowaną na barce restauracje Augusta. Zapowiadało się świetnie, opinie dostępne w sieci wręcz entuzjastyczne a zaproponowane w ramach inicjatywy menu, przynajmniej na papierze, więcej niż zachęcające. To też w sobotni wieczór zjawiłem się w na bulwarze. Moim błędem było, że przyszedłem o  45 minut za wcześniej, pogoda zepsuła plany i przedkolacyjny spacer trzeba było skrócić. Zapytałem obsługi czy możemy zjeść wcześniej, kelnerka jasno powiedziała, że nie ma żadnego problemu. Szybko się okazało, że jednak jest.

Posadzono nas przy stoliku z brudnym, pełnym okruszków obrusie. Przystawki trafiły na nasz stół po jakiś 40 minutach, jasne nie powinienem narzekać wszak przyszliśmy za wcześniej. Ale jak w takim razie wytłumaczyć to, że były zimne? Dodam tylko, że jedną z nich był krem z białej rzodkwi, szpinaku, pora, z dodatkiem suszonego pomidora i sera feta z miętowym pesto – mówiąc inaczej ZUPA. Podanie zimnej zupy jest to jeden z błędów niewybaczalnych. Co do smaku, to też szału nie ma, ale lokowałbym go gdzieś między szpitalem a przedszkolem.  Drugą z przystawek były Liście winogron faszerowane jagnięciną i kuskusem podawane z sosem limonkowym. Z tym, że mięsa było tam jak na lekarstwo, jego delikatny smak całkowicie ginął przygnieciony aromatem kaszy, sytuację próbował ratować całkiem przyjemny i intensywny sos, ale było go zbyt mało by nadać aromat całemu daniu.

Restaurant Week

Na danie główne mieliśmy kolejne 30 minut oczekiwania, chyba jednak zbyt długo. W międzyczasie zaproponowano mi wino, jako że nie znam większości etykiet dostępnych w karcie poprosiłem o kieliszek, który zdaniem obsługi najlepiej będzie pasował do danie głównego, a miała nim być: Polędwiczka wieprzowa sous-vide z pikantnym ragu jabłkowo – morelowym, ziemniakami konfitowanymi w gęsim tłuszczu i sosie balsamicznym. Kiedy podano mi kieliszek czerwieni, wyjaśniając, że to merlot z Veneto oniemiałem. Wino było prawie pozbawione owocu, silnie taniczne i nie odbiegało poziomem od dyskontowej taniochy. Szybko okazało się, że całkowicie dominuje nad daniem i lepiej zostawić je w kieliszku, inaczej nie ma szans na odnalezienie na talerzu jakichkolwiek owocowych subtelności. Tych zresztą nie było zbyt wiele, a jedyna dobra rzecz jaka mogę powiedzieć o mięsie, to to ze był miękkie i kruche. Polędwiczka wieprzowa sama w sobie smaku nie ma za wiele, to też trzeba ją doprawić albo podać w towarzystwie intensywnych dodatków, tu ich za brakło.

Moja żona przy napojach wiedziona jakąś babską intuicją zamówiła wodę z cytryna i w kontekście jej potrawy (Filet z barweny z czarna soczewica bio, pure z pieczonego kalafiora z prosecco i sosem z jagód goi) okazało sią więcej niż trafne. Samo danie było zaś takie sobie, barwena to ryba o intensywnym smaku i aromacie, to też jako kontrapunkt potrzebuje czegoś silnego. Kalafiorowe pure okazało się mdłe, i całkowicie pozbawione gruszkowo jabłkowych tonów jakie powinno tam wnieść prosecco. W obu daniach głównych byliśmy bardzo daleko od poziomu jaki zapowiadały opinie i recenzje dostępne w sieci.

Obsługa się nie spieszyła i kiedy inni goście, w tym ci którzy przyszli trzy kwadranse po nas już wychodzili postanowiłem zareagować. Blisko 50 minut oczekiwania na deser do gruba przesada. Po mojej rozmowie z kelnerką dość szybko na nasz stół trafiły desery. I trzeba przyznać, że warto było czekać. Wyglądały i smakowały jak by powstały w innej kuchni, były przemyślane i zrobione z sercem. Zarówno tartoletka podawana na ciepło z rabarbarem pod kruszonką migdałową z lodami cynamonowymi jak i ciasto francuskie z kremem mascarpone z dodatkiem marakui i sosem kokosowy z liściem kafiru to czysta rozkosz dla podniebienia. Głębokie, czyste intensywne smaki które połączono więcej niż harmonijnie. Świetne zwieńczenie mocno średniej kolacji.

Przy tych deserach naszła mnie taka oto myśl, czy aby na pewno szefostwo Augusty podeszło do idei Restaurant Week w sposób właściwy. Czy zamiast potraktować to jako okazję pokazania się z jak najlepszej strony, zaprezentować kunszt kuchni, a że potrafią widać było przy deserach, potraktowano to jak szansę na szybki zarobek. Przyjdą ludziska co się nie znają, damy im coś tam zjeść, skasujemy kasę i niech idą i nie wracają. Takie podejście jeszcze niedawno było dość popularne pośród restauratorów sprzedających swoje w różnego typu serwisach zakupów grupowych. Sam kiedyś kupiłem na Gruponie talon na kolacje w jednej z doskonale znanych mi i często odwiedzanych knajpek. Zamówiłem dania, które wielokrotnie wcześniej próbowałem i nie byłem ich w stanie rozpoznać, ani po wyglądzie, ani po smaku. Podejrzewam, że w tym wypadku mogło być podobnie. Tak czy siak, ja już do Augusty nie wrócę i najlepsze nawet opinie tego nie zmienią.  Czasami od jakości jedzenia ważniejszym jest to jak zostaniesz potraktowany, a ja odniosłem wrażenie, że ktoś chce ze mnie zrobić frajera.

Na koniec taka uwaga, Restaurant Week  to ważna impreza dla kulinarnej i gastronomicznej edukacji Polaków. Organizatorzy stają na głowie by wszystko działało jak potrzeba. Niestety jeżeli sami restauratorzy nie zrozumieją stojącej za tym idei to sam projekt zamiast pomagać w rozwoju rynku będzie szkodził.

O moim drugim doświadczeniu w ramach tej edycji Restaurant Week przeczytacie już jutro.

Jadłem i piłem na koszt własny      

O autorze

Blurppp

Irek "blurppp" Wis - miłośnik opowieści ukrytych pomiędzy okładkami albo na dnie butelki z winem. Kiedy mogę i mam za co podróżuje. Od urodzenia jestem dyslektykiem.
Mieszkam, pracuję i pisze w Krakowie, ale sądząc po temperamencie i zamiłowaniu do tamtejszego stylu życia i kuchni powinienem przeprowadzić się na północne wybrzeże Morza Śródziemnego.
Zawsze możesz do mnie napisać na blurppp@interia.pl