Wino i destylaty

Restaurant Week – Restauracja STóŁ

Napisał Blurppp

Wczoraj pisałem o moim pierwszym w tej edycji doświadczeniu w ramach Restaurant Week. Warto tam spojrzeć, bo jest tam sporo dziegciu. Z tym, że do tej gastronomicznej beczki wrzuciłem go nie ja a sami restauratorzy. Dziś dla równowagi będzie sporo miodu. Moja wizyta w restauracji STóŁ przywróciła mi wiarę w sens takich inicjatyw, no i pozwoliła też odkryć nowe smaki i świetnie się przy tym bawić.

Pomny doświadczeń sprzed tygodnia nie oczekiwałem zbyt wiele, bojąc się powtórki z „syndromu Grupana”. Do tego co by nie narażać się na ewentualne niedogodności zjawiłem się równo o 19:30. Prawie w drzwiach powitała nas uśmiechnięta kelnerka, zaprowadziła do przygotowanego stolika, tuż przy oknie, dzięki czemu mogliśmy się dodatkowo cieszyć widokiem na ulicę Świętej Anny, a ta nawet zalana deszczem wciąż wygląda uroczo.  

Tradycyjnie zaczęło się od napojów, tym razem to mi przypadła rola kierowcy to tez na zamówiliśmy karafkę wody z cytryną. I tu pierwszy duży plus dla STołu, cena to tylko 4 zł czyli normalnie, zdarzają się miejsca gdzie za wodę trzeba zapłacić i 5 razy tyle. Sam jestem zdania, że woda powinna być za darmo, ale chyba na tak rewolucyjne pomysły nasz rynek gastronomiczny nie jest jeszcze gotowy.

Wróćmy jednak do Stołu. Tak kuchnia jak i obsługa stanęły na wysokości zadania i przystawki po maksymalnie 5 minutach były na stole. Nie jestem wyznawca tezy, że kolacja ma być podana natychmiast, to nie lunch gdzie liczy się każda minuta bo praca wzywa. Z drugiej strony jednak, pomimo tego, że najczęściej jest to wyjście w towarzystwie i bardziej okazja by pobyć ze sobą i pogadać to trzeba pamiętać, że gość może być głodny i nie można mu pozwolić czekać zbyt długo. Dlatego duży plus dla całej załogi za szybką obsługę.

Oczywiście liczy się nie tylko to kiedy talerze zostaną podane, ale i jakość tego co na nich będzie. I tu kolejny plus. Puszysty pasztet z podrobów z konfiturą z młodego agrestu i pachnotki okazał się złożony, gorzkawy i o świetnej strukturze, ale prawdziwy pazur pokazywał, gdy rozsmarowało się go na domowym pieczywie i delikatnie okrasiło konfitura. Słonawa goryczka świetnie komponowała się z kwaskowo-słodką konfiturą. Świetnie zreinterpretowany klasyk. Również wegetarianie nie mogli narzekać, z myślą o nich przygotowano czarna rzepę marynowaną słodzie jęczmiennym z kruszonką z kandyzowanych daktyli i czosnku, pokrzywa, pieczywo. Danie czego nie podano w nazwie dodatkowo udekorowano liśćmi młodej pokrzywy. Jednym zdaniem wyszła z tego petarda. Rzepa nabrała wspaniałych słodowych aromatów kojarzących się z wakacjami, żniwami, ale i piwem. Czosnek po karmelizacji nabrał wspaniałych słodkich aromatów które dodatkowo zostały podkręcane przez daktyle. Całość dopełniały zielone tony pokrzywy. Świetne danie.Ten sam poziom utrzymały dania główne. Gołąbki w liściu botwiny z bryndzą, miętą i ziemniakami, kaszą z płaskurki z maślaną rzodkiewką zachwycały nie tylko misterną kompozycja podania, ale przede wszystkim świeżością smaku. Mięta zrobiła swoje i nadała dość ciężkiemu serowi sporo lekkości. Zaś to jak farsz ciągnął się po przecięciu gołąbka zasługuje na najwyższe uznanie. Zaś kasza nie tylko pełniła formę wypełniacza, ale i uzupełniała harmonijnie smak gołąbków i choć była na zewnątrz zawiniątka świetnie nawiązywała do klasycznego dania jakim są polskie gołąbki. Przyjemność jedzenia w każdym kęsie.  

Drugim z dań była wolno duszona cielęcina z orkiszem i szczawiem, por z gruszką oraz bób w miodzie koniczynowym. Mięso było kruche i mięciutkie, ale i bardzo aromatyczne, orkisz świetnie absorbował sos nabierając swoistego smaku a gruszka i bób stanowiły świetne słodko-kwaśne kontrapunkty. Chętnie zjadłbym to jeszcze raz.

Wreszcie przyszedł czas na deser, tu nie było rozróżnienia, oba menu zawierały to samo sernik. Lubię sernik, ale tak podanego jeszcze nie miałem okazji spróbować. Najpierw jednak prezentacja, a ta łagodnie mówiąc budziła kontrowersje i kojarzyła się z… autem, pozostawionym pod drzewem, zresztą zobaczcie na zdjęcie niżej. Dla nas był jednak przede wszystkim okazja do uśmiechu. CO do samego sernika to podano go na lekko słonej, kojarzącej się z brytyjskimi słodyczami jadalnej ziemi a towarzyszyły mu plamy musu szałwiowo owocowego i sosu czekoladowego z dodatkiem kardamonu. Zaś sam sernik nie był mulaco słodki. Wszystkie cztery składniki razem dały sycący, ale stosunkowo lekki i bardzo smaczny konglomerat smaków. Kolejne danie, na które chce się do restauracji STóŁ wracać.

STóŁ

Jak widać kochania pod wodza szefa Miłosza Gadasia daje radę. Nie silą się na udziwnienia a jedynie twórczo reinterpretują klasyczne dania nie tylko polskiej kuchni. O ich hamburgerach od dawna chodzą świetne opinie, to kolejne danie które muszę tam przy najbliższej okazji spróbować.  

Ale na słowa uznania zasługi też obsługa sali, tak miłej, kompetentnej, uśmiechniętej i potrafiącej wyczerpująco opowiedzieć o każdym niuansie serwowanego dania obsługi nie spotkałem w krakowskich restauracjach od dawna. To oni w równym stopniu jak kuchnia sprawiają, że STóŁ trafi bardzo wysoko na moim prywatnym rankingu miejsc, gdzie warto iść coś zjeść.

I jeszcze jedno, pomimo tego, że w Restauracji STóŁ byłem gościem z puli Restaurant Week anie przez chwilę nie czułem się zaniedbywany, a obserwując sąsiednie stoliki i to co tam serwowano nie miałem wrażenia, ze nasze zestawy były z serii tych gorszych. Właśnie takiego podejścia oczekuję od restauratorów biorących udział w tym projekcie.

Dziękuję za gościnę i kłaniam się nisko, to był bardzo smaczny i miły wieczór.

Piłem i jadłem na koszt własny.  

O autorze

Blurppp

Irek "blurppp" Wis - miłośnik opowieści ukrytych pomiędzy okładkami albo na dnie butelki z winem. Kiedy mogę i mam za co podróżuje. Od urodzenia jestem dyslektykiem.
Mieszkam, pracuję i pisze w Krakowie, ale sądząc po temperamencie i zamiłowaniu do tamtejszego stylu życia i kuchni powinienem przeprowadzić się na północne wybrzeże Morza Śródziemnego.
Zawsze możesz do mnie napisać na blurppp@interia.pl